Reklama

Reklama

Po raz kolejny zakpiono z kibiców boksu

Nie jest tajemnicą, że zawodowy boks przeżywa kryzys. Układy promotorskie, mnogość federacji, wałki sędziowskie i unikanie konfrontacji najlepszych pięściarzy to jedne z głównych grzechów dyscypliny. Sobotni wieczór w Hamburgu był kolejnym dowodem na to, że bokserski świat woli liczyć pieniądze, niż kierować się dobrem kibiców, dzięki którym te pieniądze zarabia…


W walce wieczoru w hali w Hamburgu zmierzyli się Aleksander Powietkin i Hasim Rahman. Stawką walki był tytuł mistrza świata federacji WBA w wadze ciężkiej. Właściwie powinienem napisać pas wicemistrza świata, ponieważ tytuł ten w rzeczywistości dzierży Władimir Kliczko od czasu zwycięstwa nad Davidem Haye. Włodarze federacji wpadli jednak na świetny - ich zdaniem - pomysł: Kliczce przyznali tytuł w wersji "Super World" i szybko zorganizowali walkę o pas WBA "World", którą wygrał Powietkin (pokonał Rusłana Czagajewa).

Kiedyś łatwiej było się w tym wszystkim połapać. Mistrzostwo świata coś znaczyło, dzisiaj w jednej kategorii wagowej mamy kilku mistrzów świata, chociaż na dobrą sprawę poważnie traktowani są czempioni tylko kilku głównych federacji. Po co tyle tych pasów i pasków? Ich zdobycie pomaga awansować w rankingach (układanych bardziej przez wpływy promotorów niż talent i wyniki pięściarzy), ale Leo Beenhakker odpowiedziałby raczej "for money". Łatwiej przecież sprzedać ciemnej masie galę ogłaszając, że co druga walka będzie o pas, niż, że będzie to tylko zwykłe mordobicie w stodole.

Reklama

Wróćmy do Powietkina i Rahmana. Przyjmijmy, że Rosjanin jest pełnoprawnym mistrzem świata. Co robi obóz mistrza? Kontraktuje walkę z oficjalnym pretendentem Rahmanem (bo tak musi). Ale to, że blisko 40-letni Amerykanin obijający w ostatnich latach samych przeciętniaków został oficjalnym pretendentem to dowód na to, że boks zawodowy stał się zarządzanym przez duże pieniądze i promotorów kpiną. Potwierdziło się to w ringu. Gruby, powolny Rahman, który wciąż odcina kupony od znokautowania w kwietniu 2001 roku Lennoksa Lewisa, był workiem treningowym dla Powietkina.

Ta walka nie miała żadnego sensu. Rahman przyjechał do Hamburga po wypłatę, a Rosjanin zaliczył łatwą obronę i wygrał przez TKO w drugiej rundzie. Swoją drogą szkoda, że obóz Tomasza Adamka nie zabiega o pozycję lidera w rankingu WBA, bo "Góral" moim skromnym zdaniem pokonałby Powietkina. O tym jakiej klasy to (wice)mistrz niech świadczy fakt, że panicznie boi się braci Kliczko i unika ich jak ognia. Widać woli mieć nieskazitelny rekord, niż walczyć z najlepszymi.

Powietkin - Rahman była kolejną walką z cyklu "po co to oglądać i tak wiadomo kto wygra". Nie tak dawno podobne zgniłe jajo zaserwował nam Witalij Kliczko, który postanowił zakpić z kibiców walcząc z fatalnym boksersko, chociaż nienagannie uczesanym Manuelem Charrem.

Ale na farsie rosyjsko-amerykańskiej nie zakończyły się sobotnie emocje. Przed walką wieczoru zobaczyliśmy starcie Aleksandra Ustinowa z Kubratem Pulewem. Ustinow to przykład na inną bolączkę zawodowego boksu. Promotorzy ciągną za uszy swoich pupili, dobierają im miernych rywali, nabijają fantastyczne rekordy i dzięki temu ich pięściarze pną się w rankingach czołowych federacji.

Wszystko wygląda pięknie do pierwszej konfrontacji z kimś, kto ma solidne pojęcie o boksowaniu. Pulew pokazał, że Ustinow (202 cm wzrostu, prawie 140 kg) to sympatyczny i silny facet, ale nie potrafi boksować. W 11. rundzie obijany konsekwentnie przez wszystkie poprzednie Ustinow miał dość i po jednym z ciosów Bułgara nie miał już ochoty na kontynuowanie pojedynku.

Fani zawodowego boksu, w tym niżej podpisany, mają problem. Jak tu nie przyznać racji wielbicielom MMA, że ich dyscyplina jest ciekawsza, skoro w boksie nie walczą już ze sobą najlepsi, promotorzy nabijają swoim zawodnikom bilanse kontraktując walki z ogórkami, mistrzowie bronią pasów z przypadkowymi rywalami, a na większości gal oprócz walki wieczoru i może jednej ciekawszej konfrontacji nic się nie dzieję?

Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL