Reklama

Reklama

Marian Kmita. "Raz-dwa-trzy!" Na bezrybiu i rak ryba

Tak jak cała piłkarska Polska cieszę się z pierwszego zwycięstwa Lecha w bieżącej edycji Ligi Europy. Naprawdę cieszę się bardzo, ale jednocześnie jestem zdecydowanie przeciw euforycznym reakcjom dziennikarzy i kibiców - pisze w felietonie dla Interii szef Polsatu Sport Marian Kmita.

Stare polskie porzekadło wszak głosi, że jedna jaskółka wiosny nie czyni i jest w tym przypadku najwłaściwszym komentarzem do czwartkowego meczu Lecha. Sukces poznańskiej lokomotywy jest ledwie cichą i niepewną uwerturą do faktycznego powrotu polskich klubów na salony piłkarskiej Europy.

Reklama

Prawda jest taka, że od lat jesteśmy w głębokim piłkarskim dole i pozycja naszej Ekstraklasy w rankingu UEFA nie jest przypadkowa. Suma patologii toczących naszą najwyższa klasę rozgrywkową jest co roku dłuższa, a przypadek regularnej niemocy Legii Warszawa deprymuje pewnie nie tylko prezesa Dariusza Mioduskiego. Mnie także, bo wiadoma to rzecz, że każde, nawet największe pieniądze można zmarnować i Legia dostarcza do tej tezy co roku kolejnych dowodów. 

Lech wyróżnia się korzystnie w tej polskiej, piłkarskiej stajni Augiasza, ale efektowne zwycięstwo nad poważnie osłabionym Standardem z Liege niczego systemowo nie zmienia. Ba, może nawet zaciemnić ponury obraz polskiej piłki klubowej.

Piszę o tym ze smutkiem, nie tylko dlatego, że wychowałem się w tłustych latach polskiej piłki, w których Górnik Zabrze, Legia Warszawa, Ruch Chorzów, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, a nieco później Widzew Łódź regularnie biły się o ćwierćfinały europejskich pucharów, często o półfinał, a od czasu do czasu nawet o finał. O finale Górnika w Pucharze Zdobywców Pucharów Anno Domini 1970, przegranym nieznacznie z Manchesterem City, nie wspomnę, żeby nie rozśmieszać najmłodszych PT. Czytelników. Tak, to było dawno. Bardzo dawno temu.

Ósmego dnia maja 1970 roku Beatlesi wydali swój ostatni album pod symbolicznym tytułem "Let It Be", co znaczy "Niech tak będzie" lub bardziej biblijnie -  "Amen". W tym przypadku była to pełna kapitulacja i rozpad słynnego zespołu.  Tydzień wcześniej Włodzimierz Lubański z kolegami z Górnika walczył o PZP na wiedeńskim Praterze z City. I to było zupełnie inne "Amen" dla polskiej piłki. To było otwarcie najwspanialszych 15 lat polskiego futbolu, czasu glorii, medali wielkich imprez w przypadku reprezentacji, wielu klubowych sukcesów i wielkiej radości kibiców.  

I choć działo się to całe 50 lat temu, i trudno w to dzisiaj uwierzyć, przez następne  kilkanaście lat byliśmy naprawdę w ścisłej europejskiej czołówce. A niedowiarkom dedykuję sięgnięcie do statystyki, bo statystyka ma tę zaletę, że operuje liczbami, a liczby nigdy nie kłamią.  Wystarczy sięgnąć np. do słynnej Piłkarskiej Encyklopedii Andrzeja Gowarzewskiego, by znaleźć  tam krzepiące fakty, bo po krótkiej lekturze okaże się, że w latach 1968 - 1984 polskie kluby zagrały - uwaga (!) - raz w finale, dwa razy w półfinale, dziewięć razy w ćwierćfinale i jedenaście razy w 1/8 finału europejskich pucharów!  

Polskie kluby były naprawdę solidną marką na tle całej ówczesnej piłkarskiej Europy i nie trzeba nawet sięgać do archiwalnych egzemplarzy "France Football", "Kickera", "Don Balon" czy "Guerin Sportivo", żeby być tego pewnym. Po prostu tak było.

Przytaczam tę statystykę nie po to, aby deprymować dzisiejszych włodarzy polskich klubów, ale po to, żeby uwierzyli, że to było i jest wciąż możliwe. Oczywiście czasy się zmieniły i wszystko wokół futbolu także się zmieniło. Nie zmieniło się jednak jedno: kto solidnie pracuje, mądrze wydaje pieniądze, otacza się właściwymi ludźmi, jest uczciwy i futbol jest dla niego prawdziwą pasją, prędzej czy później - sukcesu się doczeka. 

Marian Kmita

Czytaj także:

Paulina Chylewska. "Chylę czoła": Wszyscy za Lechem, ponad podziałami, układami i kosami!

Piłkarska katedra Dziekana: Lech z europejskim dokumentem tożsamości

Roman Kołtoń: Puchacz do ekipy Brzęczka! Noty po Lech - Standard

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje