Reklama

Reklama

Piłkarska katedra Dziekana: Lech z europejskim dokumentem tożsamości

Awansowali do fazy grupowej Ligi Europy - brawo. W dwóch pierwszych meczach w fazie grupowej zagrali odważnie. Przegrali, ale grali z teoretycznie silniejszymi rywalami. Teraz mierzą się z europejskim przeciętniakiem i jeśli myślą o wyjściu z grupy, to ostatni moment, żeby coś ugrać. Czy uda im się to jednocześnie nie rezygnując z filozofii i stylu? Takie pytania zadawało sobie zapewne wielu kibiców przed starciem Lecha ze Standardem Liege. W każdym razie taki był mój tok myślenia. I nie rozczarowałem się - "Kolejorz" w moich oczach w czwartek zdał egzamin dojrzałości. I to zdał na ocenę bardzo dobrą. Lech ma już europejski dokument tożsamości - pisze w swym cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Lech w Europie dojrzewa w tempie wręcz ekspresowym. Wiemy przecież, że to pierwszy sezon na europejskiej scenie od wielu lat, a wicemistrz Polski gra tak, jakby było odwrotnie, jakby występował w tych rozgrywkach regularnie, a lata nieobecności zdarzały się przez jakiś wyjątkowo niesprzyjający splot okoliczności. I mecze z udziałem tej drużyny ogląda się jak dobre filmy akcji, w których nawet jeśli główny bohater (ten pozytywny) ginie, to wspominamy go z rozrzewnieniem. W czwartek bohater misję zakończył sukcesem, chociaż po drodze nie brakowało kilku przygód. I wreszcie główne role zagrali ci, którzy mieli o sukcesie tej "produkcji" decydować, mieli być jej twarzami. 

Reklama

Przede wszystkim mam tu na myśli Pedro Tibę, ale oczekiwaniom sprostali też Mikael Ishak i Dani Ramirez. To od nich ci młodzi zawodnicy mają się uczyć i to oni mieli dźwigać na barkach losy drużyny w tych trudnych momentach. Ich postawa wczoraj była kluczowa, bo w czwartek tylko "dobrze" zagrali ci, którzy ciągnęli grę drużyny w starciu z Benficą i Rangersami w Glasgow. Myślę tu głównie o Jakubie Moderze, który zachwycał spokojem, dojrzałością i mądrością w poprzednich występach.

W czwartkowym meczu sporo się działo, rywal stworzył kilka groźnych okazji, momentami spychał gospodarzy do obrony, ale od pierwszej bramki oglądałem to spotkanie ze spokojem. Nawet wtedy, gdy Belgowie strzelili kontaktowego gola, byłem dziwnie spokojny, że Lech kontroluje sytuacje. Że defensywa ekipy z Poznania jest szczelna, a z przodu będą kolejne bramkowe okazje.

Piszę, że byłem "dziwnie spokojny", bo występy naszych klubów w Europie przyzwyczaiły nas raczej do czegoś innego - że nawet przy prowadzeniu drżymy o wynik. Co gorsza, stracona bramka często kompletnie podcinała skrzydła piłkarzom na boisku - zamieniało się to w czekanie na wyrok.

Tymczasem Lech nie zamknął się na własnej połowie, nie bronił wyniku i nie liczył na błędy rywala, tylko do tych błędów go zmuszał. To on wydawał wyrok, dążył do tego, żeby mieć inicjatywę. Poznaniacy chcieli pokazać swoją wyższość i to im się udało. Lech był jak konie w dyszlu - pędził do przodu i w tym pędzie efektowny styl szedł w parze ze skutecznością.

Muszę w tym miejscu pochwalić trenera Dariusza Żurawia. Nie ukrywam, że przez dłuższy czas miałem mnóstwo wątpliwości czy pod jego okiem "Kolejorz" jest w stanie pokazać się z dobrej strony w Europie. Największą zasługą szkoleniowca - i piszę to bez śladu ironii - jest to, że pozwala piłkarzom na improwizację. W grze Lecha widać zrozumienie między piłkarzami, jest dość duża dyscyplina taktyczna (choć tutaj można wytknąć błędy), ale nie widać wielu schematów. I ten brak schematów jest atutem Lecha, bo swoboda pozwala piłkarzom się rozwijać w tak szybkim tempie.  

Dariusz Dziekanowski

Dowiedz się więcej na temat: Dariusz Dziekanowski | Piłkarska katedra Dziekana

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama