Reklama

Reklama

Żużlowy paradoks. Chcą gwarancji, ale sami jej nie dają. Zawodnicy oczekują zbyt wiele

Coraz częściej słyszy się, że zawodnik zanim podpisze kontrakt, chce mieć tak zwaną gwarancję miejsca w składzie. Względnie po słabych występach tłumaczy się, że powodem marnych wyników był właśnie brak tejże gwarancji. - Chciałabym, aby ktoś dał mi gwarancję, że dany biznes mi w życiu wyjdzie. A czy dany żużlowiec zagwarantuje mi określone punkty? - pyta Marta Półtorak, która jako prezes Stali Rzeszów w negocjacjach z zawodnikami brała udział wielokrotnie.

Generalnie środowisko speedwaya przywykło już do trendu, który dla wielu innych branż wydaje się zarówno dziwny, jak i zwyczajnie absurdalny. Duża część zawodników mówi wprost, że przy podpisywaniu kontraktu chcą mieć zagwarantowane miejsce w składzie drużyny. Bo nie chcą się martwić, zabijać na treningach, stresować. Po prostu chcą być w składzie - niezależnie od poziomu sportowego. "Jeśli kolega będzie lepszy, to nie ma znaczenia. Ja mam być w drużynie, bo tak mi obiecali" - uważa spora grupa żużlowców. Czy przypadkiem nie zabrnęliśmy za daleko? 

Reklama

W życiu jest tak, że gdy starasz się o pracę, to najpierw pokazujesz co potrafisz, a dopiero później dostajesz ewentualne zatrudnienie. Mało tego, jeśli się źle spisujesz, przeważnie ktoś od razu czyha na twoje miejsce. Nikogo nie obchodzi to, że cię to stresuje czy męczy. - Jako osoba działająca wiele lat w biznesie, chciałabym aby ktoś dał mi gwarancję, że dana inwestycja mi w życiu wyjdzie - komentuje Marta Półtorak. - To tak nie działa. Nie rozumiem takich rzeczy jak gwarancje. Co to znaczy? Jak gwarancja, to obustronna. A czy zawodnik X da gwarancję, że na przykład nie ulegnie kontuzji? - pyta retorycznie. 

Może zatem należy bardziej przycisnąć zawodników i oczekiwać wzajemnych gwarancji, aby obie strony mogły mieć poczucie bezpieczeństwa? - Ja gwarantuję pewne miejsce w składzie, a zawodnik to, że będzie jechał zawsze i na określonym poziomie. Przychodzi do mnie i mówi "zapewniam 8 punktów w każdym meczu". Nie ma problemu, ale nie schodzisz poniżej tego pułapu. Jestem w stanie takie coś przyjąć - dodaje. 

Zdaniem Marty Półtorak najważniejsze jest to, że jeśli dajemy sobie już jakieś gwarancje, to niech one będą możliwe do spełnienia w żużlowych realiach. - Jestem za równością podmiotów. Każdy gwarantuje to, co do niego należy. Żużlowiec punkty, a klub pieniądze na czas. Bo z kolei też nie może być tak, że umawiamy się na jakieś kosmiczne kwoty i terminy, a potem płacimy jak chcemy. Niech obietnice i gwarancje będą realne. Wszelkie inne zapewnienia są dla mnie niezbyt fajne. Oczywiście, że każdy chciałby mieć pewność, ale w obecnym świecie mało co jest pewne - słusznie zauważa.

Oczekiwanie pewnego miejsca w składzie to kolejny przykład na to, że często żużlowcy chcą być traktowani nieco inaczej niż reprezentanci pozostałych branż, nie tylko sportowych. Wiemy już jak wyczuleni są na każdy rodzaj krytyki, nawet tej konstruktywnej. Teraz powoli oprócz zakazu krytykowania, zmierzamy w stronę zakazu rotowania składem. Bo przecież wszyscy chcą mieć pewność i stabilizację. Niemniej jednak niemal pewne jest, że non stop chwalony zawodnik z pewnym miejscem w składzie i kasą na czas i tak po słabym występie powie - "nie trafiłem z przełożeniami - taki jest żużel". 

Michał Konarski



Dowiedz się więcej na temat: żużel | PGE Ekstraliga

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje