Reklama

Reklama

Wołowski: Mecz, którego nie było

Paradoks polega na tym, że kiedy w Polsce nie było stadionów, mecze się odbywały. Kiedy jest jeden z najnowocześniejszych w Europie, zbudowany kosztem 2,5 mld złotych, byle deszcz z nim wygrywa.

Reklama

Opowieści o kompromitacji na cały świat w ogóle do mnie nie przemawiają. Nie dumy narodowej mi żal, ale konkretnych ludzi, którzy na Stadion Narodowy zjechali ze wszystkich stron kraju. Jak sobie poradzili, i ile ich to kosztowało? Jak załatwią urlopy na kolejny dzień, żeby nie wyrzucić pieniędzy w błoto i wesprzeć reprezentację kraju? Jak zareagują sami piłkarze, którzy mentalnie przeżyli już jeden mecz z Anglią? Mecz, którego nie było.

Siedząc bezsilnie na trybunach żartowaliśmy, że nawet natura chciała, by spotkanie odbyło się dokładnie w rocznicę remisu na Wembley w 1973 roku. Debaty na temat tego, kto jest winien, zostawiam innym, to wszystko, co przeżyłem wczoraj wraz z tłumami równie zszokowanych fanów było jakimś surrealistycznym snem rodem z wariatkowa. Najbardziej absurdalną pointą pasującą do tego wieczoru była wiadomość o tym, że Niemcy prowadzili ze Szwecją 4-0, by zremisować.

Kiedy jeden z angielskich dziennikarzy powiedział nam w biurze prasowym, że mecz jest zagrożony, sądziliśmy, iż odezwał się w nim wielbiciel Monty Pythona. Deszcz? Na stadionie gdzie jest piękny, nowoczesny, wysuwany dach? Chichot wariata.

Przeleciałem pamięcią do pierwszego meczu Polska - Anglia, na którym byłem w 1991 roku. Stadion w Poznaniu, czyli ławki na usypanych wałach, bez jednej trybuny, bez namiastki dachu, z brudnymi toaletami, do których nie można było się dopchać. W porównaniu z Narodowym to było straszydło, lub karykatura. Jestem prawie pewien, że też padało, bo z sentymentem wspominam zapał pewnego dziennikarza, który wyjął maszynę do pisania, wkręcił w nią białą kartkę - jedyny jasny akcent wieczoru obok gola Romana Szewczyka. Patrzyliśmy wszyscy z żalem, jak na tę nieskazitelną kartkę obok liter lała się z nieba woda.

Mija ponad 20 lat, Polska staje się innym krajem, wspaniale wypada jako organizator Euro 2012, wznosi stadiony, które są czyste, nowoczesne, piękne. Tacy ludzie jak ja, pamiętający stare dzieje, czują się na Narodowym jak w filharmonii, czy muzeum. To jest "Miś" na miarę czasów i naszych możliwości. Dlaczego grać na nim nie można?

Polska - Anglia w TV - sprawdź aktualny program!

Dziś rano wysłuchałem wypowiedzi ministra Gowina uchodzącego za jednego z ludzi bardziej rozgarniętych w rządzie. Powiedział, że Anglicy mają Monty Pythona, a my PZPN. Panie ministrze, to PZPN wybudował Stadion Narodowy? To PZPN zaprojektował dach, który się nie otwiera w czasie deszczu i położył murawę niewchłaniającą wody? Traktowanie PZPN jak chłopca do bicia stało się ogólnonarodowe. Zaraz okaże się, że Grzegorz Lato z kolegami stali za katastrofą w Smoleńsku.

To co się stało wczoraj nie jest problemem stadionu, ale przede wszystkim rządzących nim ludzi. Nikt nie sprawdził prognoz pogody? Rzeczniczce PZPN, niczym małej dzidzi wydaje się, że aby przewidzieć deszcz, trzeba być jasnowidzem. Rzeczniczka stadionu, równie urocza panna uważa, że woda wylewająca się na głowy wchodzących na stadion kibiców, to radosny dowód, jak doskonale działa system oczyszczania dachu. Absurd goni absurd, a farsa farsę.

Wyglądam teraz przez okno i widzę słońce. Czy w takich warunkach mecz może się odbyć? A tak zupełnie na serio wszyscy drżymy, co z kibicami? Czy ludzie wrócą dziś na Stadion Narodowy, czy poczuli się tak zlekceważeni, że odpowiedzą tym samym? A może jednak pomyślą o piłkarzach, którzy pierwszy raz od 39 lat nie zawalili meczu z Anglikami?

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama