Reklama

Reklama

Czystość rasy piłkarskiej

Zbigniew Boniek przebył długą drogę i zadziwiającą metamorfozę. Od człowieka szczycącego się pomysłem naturalizacji Emmanuela Olisadebe, a potem zabiegającego o Roberta Acquafrescę, po surowego prezesa PZPN, który bezwzględnie żąda, by każdy reprezentant mówił po polsku.

"Nigdy nie śpiewałem i nie będę śpiewał Marsylianki" - deklaruje Karim Benzema przypominając, że Zinedine Zidane też tego nie robił, co nie przeszkodziło mu poprowadzić reprezentacji Francji do największych sukcesów w jej historii. Benzema dodał, że gra w kadrze to dla niego spełnienie marzeń, ale śpiewanie hymnu nie jest obowiązkowe ani dla kibiców, ani dla piłkarzy. Patriotyczna debata we francuskim futbolu nasiliła się po kompromitacji drużyny narodowej na mundialu w RPA. Kolejny selekcjoner, Laurent Blanc, przyjaciel Zidane’a z boiska, wpadł na pomysł, by rozdać kadrowiczom słowa hymnu i zmusić ich do śpiewania.

Reklama

Graczom pochodzącym z francuskich kolonii hymn nie musi kojarzyć się jednoznacznie, tak jak Katalończykom czy Baskom hymn Hiszpanii - ten nie ma jednak słów, więc problem śpiewania nie istnieje. W ostatnich latach do futbolu reprezentacyjnego wkradł się kosmopolityzm, zaczerpnięty zapewne z piłki klubowej. David Trezeguet niezbyt biegle mówił po francusku, ale był bohaterem całego kraju, gdy w 2000 roku w Rotterdamie zdobył złotego gola w dogrywce finału mistrzostw Europy.

W Polsce przez lata problem był odwrotny. Złorzeczyliśmy na nieudaczników z PZPN, gdy pochodzący z Polski Miroslav Klose, Lukas Podolski czy Piotr Trochowski zaczynali grać dla Niemiec. Dwóch ostatnich wahało się jakiś czas, ale ich nowi rodacy okazywali się zdecydowanie bardziej przekonujący.

W PZPN nasilono działania, by tę sytuację zmienić. Pamiętam jak ukształtowany piłkarsko poza Polską Ebi Smolarek twierdził, że to bardzo słuszny kierunek. Za kadencji Franciszka Smudy PZPN odniósł na tym polu spore sukcesy: Obraniak, Perquis, Polanski i Boenisch grali na Euro 2012, broniąc biało-czerwonych barw.

Znajdź nas na Facebooku! Będziesz na bieżąco!

Najbardziej skrajna była reakcja Jana Tomaszewskiego, który ogłosił, że drużyny Smudy się wstydzi i kibicował jej nie będzie. Wywołał tym raczej powszechne politowanie, widać jednak, że nie u wszystkich. Nowy prezes PZPN Zbigniew Boniek ogłosił właśnie, że w drużynie narodowej będą mogli grać wyłącznie piłkarze mówiący po polsku. Być może sama zasada nie jest zła, niepokoi mnie jednak to, iż podzieli obecną drużynę na lepszych i gorszych. Gorsi to oczywiście Obraniak czy Perquis, z którymi wciąż trudno pogadać w języku ich dziadków.

Jeszcze dziwniejsze wydaje mi się fakt, że ten sam Boniek dekadę temu przyznawał się do pomysłu naturalizowania Emmanuela Olisadebe. Nigeryjczyk dostał polski paszport, a jego gole zaprowadziły reprezentację na mundial po 16 latach przerwy. Boniek zabiegał też o to, by w kadrze znalazł się urodzony w Turynie napastnik Robert Acquafresca, którego mama pochodziła z Giżycka. Dziś, jako prezes, totalnie zmienił front. Co się stało z jego podejściem do drużyny narodowej?

Mój niepokój budzą nie tyle obostrzenia dotyczące kandydatów do reprezentacji Polski, co towarzysząca temu niemiła atmosfera. Olisadebe był świetny, bo jego gole dawały radość polskim kibicom. Obraniak i Perquis nie oferują drużynie aż tyle? To nic, że niedawno PZPN zabiegał o nich - dziś jasno daje do zrozumienia, że podobnych przypadków więcej nie chce.

Pozycja Obraniaka w kadrze staje się nie do pozazdroszczenia. Fatalne notowania w mediach, niezbyt wysokie w PZPN. Boniek był od początku surowym krytykiem pomocnika Bordeaux. A może prezes nie powinien "wyskakiwać" ze swoją deklaracją akurat przed meczem z Ukrainą?

Polski futbol zna kuriozalną nagonkę, której skutki Boniek doskonale pamięta. A gdyby zapomniał, na ekrany polskich kin wchodzi właśnie film: "Być jak Kazimierz Deyna". Akcja zaczyna się w 1977 roku, w dniu meczu z Portugalią, kiedy fani na Stadionie Śląskim wygwizdują zdobywcę bramki dającej Polakom prawo wyjazdu na mundial w Argentynie. Film jest hołdem dla piłkarskiego geniusza, przypominając przy okazji, że większość nie zawsze ma rację.

Nie porównuję Obraniaka do Deyny. Kuriozalna niechęć fanów nie spadła na ówczesnego gracza Legii ze względu na jego polszczyznę czy pochodzenie. Piłkarsko to też dwa różne światy: kadra, w której znalazł się Boniek, jechała wtedy do Argentyny bronić trzeciego miejsca na świecie. Chcę tylko zwrócić uwagę obecnemu prezesowi PZPN, jakie skutki może mieć publiczne dzielenie reprezentantów kraju na lepszych i gorszych.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje