Reklama

Reklama

Boks. Izu Ugonoh dla Interii: Życzyłbym Arturowi Szpilce, by nikt nie rzucał mu kłód pod nogi przed samym pojedynkiem

- Powiem szczerze, że gdy czasami usłyszę, że w boksie pojawił się młody i perspektywiczny zawodnik, to wiesz, co mi się robi? Żal. Zanim taki zawodnik na dobre wystartuje, to kontraktami promotorskimi zarzuci mu się na plecy worek pełen kamieni i z takim balastem każe mu się walczyć - mówi w rozmowie z Interią Izu Ugonoh, były pięściarz wagi ciężkiej, który po zaskakującej porażce z Łukaszem Różańskim odwiesił rękawice na kołku, rozpoczynając przygodę z MMA.

Artur Gac, Interia: Czy zgadzasz się z coraz częstszą optyką kibiców boksu i fachowców, że do miana faworyta starcia Artur Szpilka - Łukasz Różański zaczyna urastać Łukasz?

Izu Ugonoh: - Z zasady staram się nie kierować tym, co myślą inni, w tym bukmacherzy. Bardziej staram się analizować sytuację, zwłaszcza będąc w pewien sposób blisko walki. Tutaj też mam swój pogląd na to, kto może wygrać i "na papierze" ma przewagę.

Zatem od ogółu przejdźmy do szczegółów.

- Można powiedzieć, że w tej chwili największym sukcesem w karierze Łukasza Różańskiego jest pokonanie mnie. Co prawda wygrywał też z dużym nazwiskiem, jakim jest Albert Sosnowski, ale ten był już dawno po swoim szczytowym momencie kariery. Natomiast ja ciągle jeszcze byłem zawodnikiem, którego uważało się za pięściarza z potencjałem, z którego coś jeszcze może być. Natomiast trzeba wyraźnie wziąć pod uwagę to, że ja w tamtym okresie po prostu nie byłem sobą. Zresztą myślę sobie, że z osiemnastu zawodników, których wcześniej pokonałem w boksie zawodowym, pewnie połowa z nich byłaby w stanie mnie pokonać, gdybym był w takiej dyspozycji, jak z Łukaszem. Mówiąc to nie chcę odebrać czegokolwiek Łukaszowi i zaprzeczyć faktowi, że mnie pokonał, ale ten aspekt trzeba i warto wziąć pod uwagę. Bo choć najczęściej jest tak, że walkę wygrywa lepszy zawodnik, o wyższych umiejętnościach i solidniej przygotowany, to zdarza się też tak, że na przykład dyspozycja dnia sprawia, iż zawodnik teoretycznie słabszy ma swój wielki wieczór.

Reklama

Jeśli już sięgamy do twojej walki z Różańskim, to od początku twierdziłem, że do ringu wszedłeś ciałem, ale nie było twojego ducha.

- Tak było, idealnie powiedziane. Ale dlaczego w ogóle o tym wspomniałem? Nie ma w tym nic osobistego, tylko to są fakty. I teraz, przechodząc do Artura, wcale nie można powiedzieć, że z nim musi stać się to samo, co ze mną.

Wokół Artura, nie po raz pierwszy, jest dużo znaków zapytania.

- Pełna zgoda. Dalej uważam, że Artur boksersko jest dużo lepszy od Łukasza Różańskiego, jest bardziej doświadczony. Walczył, sparował i trenował na wyższym poziomie niż jego przeciwnik. Też patrząc na to, z jakim zapałem trenuje, w moich oczach jest cały czas lepszym pięściarzem od Łukasza. Ponadto uważam, że trenowanie z nowym szkoleniowcem Andrzejem Liczikiem wychodzi mu na dobre. Oczywiście jeszcze nie widzieliśmy tego bezpośredniego przełożenia na walkę, bo to będzie ich pierwszy wspólny pojedynek, ale sporo widzę na sali i na tej podstawie mam pewne spostrzeżenia. Wydaje się, że tutaj wszystko gra, czyli możemy zobaczyć fajne przełożenie na walkę tego wszystkiego, co widać na przykład na sparingach.

Jest też inna wielka niewiadoma, właściwie już charakterystyczna dla Artura Szpilki.

- (śmiech) pewnie to samo mamy na myśli. Chodzi oczywiście o sferę mentalną, jaki Artur wejdzie do ringu i jak będzie się czuł już w samym pojedynku. To jest ten aspekt, do którego nie do końca mamy wgląd przed walką i może być trudny do przewidzenia. Często patrzymy na zawodnika przez pryzmat tego, co już było jego udziałem, ale przecież nie zawsze przeszłość równa się przyszłości. Zawsze istnieje ryzyko popełniania tych samych błędów, ale wcale tak być nie musi. A kolejną rzeczą jest to, że wiadomo, czego można spodziewać się po Łukaszu. Łukasz mocno pójdzie przodu, jest twardy, pozostaje na fali i wierzy w zwycięstwo. Do tego nie gada dużo, on po prostu robi. Ale przy tym nie jest skomplikowanym zawodnikiem. Teraz pozostaje pytanie, czy to proste pójście do przodu, na przełamanie, pozwoli mu doprowadzić do sytuacji, o których doskonale wiemy, czyli momentów, gdy u Artura siada koncentracja, potrafi pajacować i opuszczać ręce. Jeśli tak się stanie, to Łukasz będzie miał wielką szansę trafić Artura mocnym ciosem i skończyć go przed czasem. Chyba że zobaczymy Artura, który będzie zdyscyplinowany i będzie boksował po prostu na miarę swoich możliwości. Nie mówimy tutaj, by musiał się wzbić na wyżyny, tylko solidnie wykonać pracę na miarę tego, co potrafi. Uważam, że boksując na przyzwoitym poziomie, na którym już wielokrotnie widziałem, że potrafi boksować, jest w stanie tę walkę wygrać.

Twierdzę, że tym, co w obecnej sytuacji korzystnie działa na Artura, którego nazywam "poszukiwaczem bodźców", niewątpliwie jest nowa kategoria wagowa. I do tego od razu walka o pas, który w jednej chwili może wywindować go do pojedynku o mistrzostwo świata. Ponadto dochodzi aspekt, jak to nazywa sam Artur - uwolnienia się od kontraktu promotorskiego oraz poczucia, co podkreśla, że faworyzowany będzie Łukasz. To wszystko sprawia, że dodatkowo się nakręca, przy czym ciągle istnieje niebezpieczeństwo, które wszyscy już widzieli w kilku pojedynkach Artura. Czyli stan, gdy zaczyna tracić głowę i przyjmuje w ringu taką postawę, że rywalowi nie pozostaje nic innego, jak...

- Jak go wykończyć. Niestety, taka jest prawda. Widziałem to wiele razy, również na treningach. To przede wszystkim kwestia koncentracji. Teraz wiele będzie zależało od tego, jaki wpływ na Artura będzie miał trener Liczik. Widzę, że te obecne relacje są bardzo budujące, bo mam wrażenie, że szkoleniowiec znalazł sposób na Artura. On jest twardy, na pewne rzeczy sobie nie pozwala i ich nie dopuszcza, egzekwując dyscyplinę na treningach i sparingach. Dlatego ta dobra relacja i współpraca dają nadzieję, że Artur będzie w stanie zawalczyć na swoim dobrym poziomie. Dodam jeszcze coś ważnego.

Proszę bardzo.

- Przykre jest to, że w naszym boksie, być może też gdzieniegdzie zagranicą, strasznie zamęcza się zawodnika tymi wszystkimi "walkami" okołoringowymi. Mam tutaj na myśli "pojedynki" z promotorem, czy w kwestii kontraktu. Trzeba pamiętać, że to, co wydostaje się do mediów, nie zawsze jest prawdą, bywa wycinkiem prawdy lub jest przedstawione w taki sposób, by zdyskredytować drugą stronę. Te wszystkie walki, które zawodnik stoczy zanim jeszcze wejdzie do ringu, często mają największy wpływ na przebieg samego pojedynku. Dlatego życzyłbym Arturowi przede wszystkim tego, żeby miał dobry okres przygotowawczy, by nikt mu nie przeszkadzał i nie rzucał kłód pod nogi przed samym starciem. To wszystko po to, aby przystąpił do pojedynku z Łukaszem w dobrej dyspozycji fizycznej oraz optymalnej mentalnie.

Dla mnie dość dyskusyjna jest otoczka, budowana wokół tej walki. Oczywiście, jak na polskie warunki, niewątpliwie jest to emocjonujące starcie, ale równocześnie od jakiegoś czasu trwa próba przedstawiania Łukasza Różańskiego niemal jak prospekta polskiej wagi ciężkiej i nowej siły w polskim boksie.

- Robią to, co mogą. Życzę Łukaszowi dobrze, ale choć mnie pokonał, to akurat w jego przypadku nie mogę powiedzieć, że jest ode mnie o klasę lepszy. Po prostu nie mam takiego odczucia na podstawie tego, z kim trenowałem, sparowałem i walczyłem. Na pewno to twardy i zdeterminowany chłopak, który wie, po co wchodzi do ringu. Te cechy plus nieustępliwość to jego największe atuty. Ale to wszystko, co w nim widzę, jako w pięściarzu. Uważam, że w swoim boksie jest dosyć przewidywalny, czyli nie jest wirtuozem i do pewnego poziomu to wystarcza. Generalnie mówiąc, mamy taką, a nie inną sytuację w polskim boksie, że trzeba robić, co się da, żeby tę dyscyplinę ktokolwiek chciał oglądać. Takie są fakty, po prostu tak to wygląda. Więc jeśli coś trzeba zrobić na siłę, to organizatorzy będą to robić na siłę. Teraz patrzę na ten świat już troszeczkę z boku. Tyle co wróciłem ze Stanów Zjednoczonych, będąc przy walce Janka Błachowicza, gdzie na własne oczy zobaczyłem ogromny sukces, jaki odniosła federacja UFC. A w Polsce wystarczy popatrzeć na sukces, jaki odnosi KSW, które tak naprawdę już dawno wyparło boks. Statystyki mówią same za siebie. Na sali treningowej widzę na własne oczy, ile osób obecnie trenuje MMA, a ile boks. Tutaj liczby też są nieubłagalne i trzeba to sobie uczciwie powiedzieć. MMA wyparło boks ze względu na nowoczesne podejście.

Co dokładnie masz na myśli?

- Przede wszystkim w tym sporcie nie ma tyle polityki, co w boksie. Poza tym jest kwestia podejścia do tzw. budowania zawodników. W MMA nawet jeśli przegrywasz, a nie zatracasz talentu, umiejętności i ambicji, to nic się nie dzieje. Dopóki idziesz dalej, to ciągle jesteś w stanie stanąć nawet na najwyższym podium. Doskonałym przykładem jest sam Janek Błachowicz, który w swojej karierze przegrywał, ale to go nie wyrzuciło z dużego sportu. Więcej, jego droga stała się nawet bardziej prawdziwa i mocniej przemawia do innych, bo kto z nas nie ponosi porażek? Powiem szczerze, że gdy czasami usłyszę, że w boksie pojawił się młody i perspektywiczny zawodnik, to wiesz, co mi się robi? Żal.

Dlaczego?

- Bo wiem, jak rzadko z tego talentu, przy naszym krajowym zapleczu, przy tych ludziach, którzy pracują w tym sporcie, można wyłuskać coś wartościowego. Bardziej jest tak, że talent i wartość takiego zawodnika się pompuje, natomiast nie wkłada się odpowiedniej energii i środków do tego, żeby ten talent w rzeczywistości rozwijał się tak, jak powinien. Zanim taki zawodnik na dobre wystartuje, to kontraktami promotorskimi zarzuci mu się na plecy worek pełen kamieni i z takim balastem każe mu się walczyć.

Mnie zaskakuje to, że ludzie boksu, którzy utyskują nad jego obecną kondycją i odpływem fanów, jednocześnie rozwijają alternatywne sztuki walki, takie jak np. pojedynki na gołe pięści. Przecież to, na logikę, też wpływa na spadek popularności boksu, bo część kibiców wybiera brutalniejszą, czyli z ich punktu widzenia atrakcyjniejszą formułę walki.

- To jest to, że boks za mało oferuje. Kwestia jest tego, że za mało inwestujesz, a chcesz wyciągnąć. W pewnym momencie trzeba po prostu więcej włożyć pieniędzy, żeby dać większy show pod różnymi względami, nie tylko sportowym, ale także oprawy. A w boksie, niestety, niektórzy przez lata starali się robić możliwie najlepsze gale jak najmniejszym kosztem. Często kończyło się to dość opłakanym skutkiem. Zażenowani takimi galami byli nie tylko kibice, ale też pięściarze, którzy musieli walczyć z zawodnikami, których pokonując nawet nie byli w stanie się cieszyć, bo czuli niesmak. Ja sam tego doświadczałem, więc wiem, że tak często bywało. Wpływa na to, jak już wspomniałem, brak inwestycji, ale też duża część polskiego środowiska, które nie sprzyja temu, żeby ta dyscyplina u nas się rozwijała.

Rozmawiał Artur Gac

KSW 59. Oglądaj transmisję walki m.in. Mariusza Pudzianowskiego w serwisie Ipla.tv! Nie możesz tego przegapić. Kliknij TUTAJ i zagwarantuj sobie dostęp już teraz!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje