Reklama

Reklama

Małysz o Stochu: Było go stać na dwa złota

Adam Małysz, najbardziej utytułowany polski skoczek narciarski, uważa, że Kamila Stocha stać było na wywalczenie dwóch złotych medali mistrzostw świata w Val di Fiemme. Przyznał, że "Biało-czerwoni" mają szanse na sukces także w drużynie.

W sobotę nie było pana w Predazzo i Kamil Stoch na średniej skoczni zajął ósme miejsce. Wystarczyło, że pan się pojawił, a sięgnął po złoty medal...

Adam Małysz: - Nie chcę, aby to było w ten sposób formułowane. To oczywiście bardzo miłe, że chłopaki z kadry cieszą się z mojego przyjazdu, traktują jak bratnią duszę. Ja jednak Kamila nie odmieniłem. Już wcześniej był w świetnej formie i tym razem tylko to potwierdził. Poza tym nigdy z żadnymi radami nie wtrącałbym się w kompetencje trenerów.

Reklama

Zmienił pan jednak plany i zdecydował się zostać również na sobotni konkurs drużynowy.

- Tak, ale nie dlatego, że uważam siebie za jakiś talizman. Po prostu planowane wcześniej spotkanie w kraju zostało odwołane.

Wszyscy obecni kadrowicze podkreślają, że bardzo dużo panu zawdzięczają. Dzięki pana sukcesom oni startowali z zupełnie innego poziomu...

- Cieszę się, że to doceniają. Rzeczywiście moje początki były zupełnie inne. Gdy dostałem się do kadry w 1994 roku, to ona tak naprawdę dopiero zaczynała się tworzyć. Wcześniej był tylko Wojciech Skupień i jego trener. Nie ukrywam, że było bardzo ciężko. Brakowało przede wszystkim pieniędzy. Nie było dofinansowania z ministerstwa. Na pierwsze zawody pojechałem tylko i wyłącznie dzięki temu, że paru lokalnych przedsiębiorców się złożyło. Teraz takich problemów nie ma. Chłopaki, jak mogą, to na konkurs lecą samolotem. Mają stypendia, zgrupowania, więcej czasu na regenerację. Mówiąc krótko - wszystko, czego potrzebują.

Pod względem organizacyjnym nie ma się do czego przyczepić?

- Polskie skoki w tym elemencie prezentują najwyższy światowy poziom. Ważne jest jeszcze coś. Ta dyscyplina stała się popularna i mamy naprawdę dużo trenującej młodzieży. Problem mają za to Finowie. Kiedyś to była potęga, a teraz płakać się chce, jak się na nich patrzy. Sami mówią, że po prostu nie mają młodych zawodników.

Choć trudno uwierzyć, to są pierwsze mistrzostwa świata od 18 lat, w których kibice nie oglądają pana na belce. Mimo to jest sukces Polaka.

- Bardzo się cieszę, że to się tak skończyło. Choć tak naprawdę, to jeszcze nie koniec. Chłopcy mają duże szanse w drużynie. Będzie im teraz lżej, szczególnie Kamilowi. Ma już oczekiwany medal, w dodatku złoty, więc presja spadła. Tak naprawdę Kamila było stać, by powtórzyć mój wynik sprzed 10 lat i także wygrać oba konkursy indywidualne. Gdyby udało mu się na średnim obiekcie, to zwycięstwo na dużym byłoby pewnie już tylko formalnością.

Przy okazji triumfu Stocha pan zadebiutował w nowej roli - reportera. Jakie wrażenia?

- To było straszne. Nie wiedziałem, jakie zadawać pytania.

Najlepiej takie, jakie w podobnych okolicznościach sam pan chciałby usłyszeć...

- Pewnie tak, ale to wcale nie było proste. Wciąż pamiętam, jak potrafiły mnie zdenerwować głupie pytania i sam nie chciałem teraz zadawać podobnych.

Myśli pan, że w Polsce czeka nas teraz Stochomania? Co poradziłby pan nowemu mistrzowi?

- Kiedy wygrałem Turniej Czterech Skoczni podszedł do mnie Espen Bredesen (mistrz olimpijski z Lillehammer z 1994 r.), który pracował wtedy dla norweskiej telewizji. Powiedział: "Adam jesteś świetny, ale możesz być jeszcze lepszy. Musisz tylko nauczyć się odmawiać". Utkwiło mi to w pamięci. Ja byłem taki, że miałem z tym kłopot. Często zdarzało mi się po prostu uciekać, bo odmówić nie potrafiłem. Kamil musi nauczyć się mówić "nie", bo i tak wszystkich nie zadowoli. Czasem naprawdę trudno znieść całą tę otoczkę.

W Val di Fiemme rozmawiał Wojciech Kruk-Pielesiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje