Kibice przerwali mecz. Wcześniej dwa ciosy, brutalny powrót do rzeczywistości
Długo nie trwała radość gdańskich kibiców po tym, gdy Lechia sensacyjnie pokonała Jagiellonię Białystok na własnym boisku. Podopieczni Johna Carvera w piątkowy wieczór Widzewowi postawili się raptem tylko przez chwilę. Łodzianie tuż przed przerwą zadali im solidne ciosy, a następnie do ostatniego gwizdka utrzymywali korzystny wynik.

W piątkowy wieczór spotkały się drużyny na zupełnie innym poziomie organizacyjnym. Widzew zaczyna nowy rozdział z miliarderem Robertem Dobrzyckim za sterami. Lechia natomiast wciąż ledwo wiąże koniec z końcem, co zaczyna irytować najwierniejszych kibiców. Efektem było przerwanie zorganizowanego dopingu pod koniec zeszłotygodniowego meczu z Jagiellonią. Ultrasi opuścili stadion w geście protestu i wywiesili wymowny transparent o treści "Urfer, idziemy po ciebie".
Piłkarze z Trójmiasta, pomimo trudnej sytuacji finansowej, starają się jak tylko mogą. I po sensacyjnym triumfie nad obrońcami tytułu, chcieli pójść za ciosem w Mieście Włókniarzy. "Wygląda na to, że nasz zespół zaczyna nabierać pożądaną tężyznę fizyczną do gry w Ekstraklasie. Jednakże prawdziwe wyzwanie dopiero przed nami. Znacznie trudniej jest się utrzymać poza strefą spadkową niż z niej wyjść. Każdy kolejny mecz jest dla nas bardzo ważny" - chwalił swoich podopiecznych John Carver na konferencji prasowej.
Widzew zmarnował karnego. Ale szybko pocieszył kibiców, gol z wolnego zakończył połowę
Po pierwszej połowie w Łodzi z ust opiekuna gości padły zapewne zupełnie inne słowa. Tuż przed przerwą przyjezdni kompletnie się pogubili i w niecałe dziesięć minut otrzymali dwa solidne ciosy. Byłyby nawet trzy, gdyby karnego nie zmarnował Bartłomiej Pawłowski. Kibice w czerwonych koszulkach i tak nie byli z tego powodu smutni. Wcześniej humor poprawił im Juljan Shehu, a następnie, tuż po nieudanej "jedenastce", Fran Alvarez. Hiszpan miał się z czego cieszyć, bo trafienie zdobył bezpośrednio z rzutu wolnego, co zwłaszcza w Ekstraklasie nie zdarza się często.
W drugich czterdziestu pięciu minutach kibice nie obejrzeli ani jednej bramki. Swoje trzy grosze wtrącili jednak kibice, którzy rozpoczęli świętowanie i użyli do tego rac. Dymu na boisku było w pewnym momencie zbyt dużo i arbiter przerwał rywalizację. Krótka pauza nie wpłynęła negatywnie na gospodarzy. Ci nie stracili koncentracji, dowożąc korzystny rezultat do ostatniego gwizdka.
Łodzianie ze spokojem mogą przygotowywać się do ostatnich kolejek sezonu. Gdańszczan zaś czekają nerwowe tygodnie w związku z walką o utrzymanie.











