Reklama

Reklama

Pobite gary

​Bawić, to się trzeba umieć! Najlepiej wie to były selekcjoner i - jak się okazuje były już trener Flamengo - Paulo Sousa. Próba odgadnięcia, jakim składem i w jakim ustawieniu taktycznym zagra reprezentacja Polski za jego kadencji, była zadaniem tyleż wymagającym, co niezwykle wciągającym. Nikt, nawet sami piłkarze, nigdy nie mogli być pewni, czy w danym spotkaniu wystąpią, czy też nie. Kibice i dziennikarze prześcigali się w domysłach co tym razem wykombinował portugalski trener. Kto trafił, albo był blisko ustalonej pierwszej jedenastki, mógł triumfować. Zabawa była przednia! Przyszedł Czesław Michniewcz i... wszystko zepsuł.

Bo jak można tak od razu odkryć karty. Nie dość, że ujawnić szczegóły analizy taktycznej, pokazać wszystkim cały trening to jeszcze oficjalnie ogłosić skład na dobę przed meczem! Pobite gary! Tak się nie robi. Panie trenerze, nie wolno tak psuć zabawy... A mówiąc zupełnie serio - warto się zastanowić, dlaczego selekcjoner tak właśnie postąpił? Dlaczego nie ukrywał przed kibicami, dziennikarzami i - o zgrozo - rywalem jaki skład zagra w meczu przeciwko Belgii? Odpowiedź jest prosta - a cóż takiego jest do ukrycia? Na tym etapie sezonu, a właściwie po jego zakończeniu, możliwości są mocno ograniczone. Bo zmęczenie, bo -  jak się okazuje - drobne lub poważniejsze kontuzje, bo wreszcie kiedyś trzeba spróbować rozwiązań boiskowych czy stricte personalnych, by przekonać się a jakich filarach i sklepieniu budować kadrę na mistrzostwa świata.

Reklama

Poza tym rywal, z którym przyszło się zmierzyć "Biało-Czerwonym" we wtorek, niespecjalnie zastanawiał się w jakim ustawieniu zagra reprezentacja Polski. Dla tak doskonale zbudowanego i mocnego zespołu nie miało to większego znaczenia. No, może tylko informacja czy w wyjściowej jedenastce będzie Lewandowski czy też nie, mogła mieć znaczenie. Podopieczni Roberto Martineza, mocno podrażnieni porażką z Holandią, po prostu chcieli wygrać. Najlepiej jak najwyżej, jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem sił. Jak postanowili, tak zrobili, a my - niestety - mogliśmy się tylko z boku przyglądać najwyższej od dwunastu lat porażce reprezentacji.

Belgia - Polska. Paulina Chylewska: Nie przyłączę się do chóru płaczących i biadolących

Mam jednak nieodparte wrażenie, że Michniewicz chciał pokazać jeszcze jeden istotny szczegół swojej pracy. Już przed spotkaniem ze Szwecją w finale baraży do mistrzostw świata, zapewniał, że o rywalu "Biało-Czerwonych" wie dosłownie wszystko. Ma rozłożone na czynniki pierwsze wszystkie zagrania, schematy i pomysły, z których mogą skorzystać, chcąc nas pokonać. Tym razem było podobnie. Fragmenty analizy gry Belgów omawiane na otwartym dla mediów treningu jasno wskazywały choćby na rozegrania piłki przy stałych fragmentach gry, które doprowadzały do strzelania bramek. Kto przyglądał się temu dokładnie, dziś już wie, że czwarty gol Belgów był sytuacją "kopiuj-wklej" z przedstawionej analizy. 

Problem tylko polega na tym, że nasi rywale zachowali się niemal identycznie, jak przedstawił trener, a nasi piłkarze po prostu nie wykonali zadania, które zostało przed nimi postawione. Ot, cała filozofia. Być może zabrakło już sił, koncentracji, a może na tym etapie meczu i przy tak dysponowanym rywalu, trudno było uwierzyć, że jeszcze da się odmienić losy meczu. Selekcjoner reprezentacji Polski mógł przypuszczać, że tak się stanie. On najlepiej wie, w jakiej dyspozycji przyjechali na zgrupowanie poszczególni zawodnicy i czego może od nich wymagać. Ale wymagać to jedno, a realizować - drugie.

Nie jestem jednak jedną z tych, która przyłączy się do chóru płaczących i biadolących, którzy załamują ręce i odsądzają reprezentację od wszystkiego co najgorsze. Oczywiście wynik 1-6 nie napawa dumą i powinien być traktowany jako raczej wstydliwy moment historii reprezentacji, ale to jeszcze nie jest koniec świata. Podstawowym zadaniem kadry pod wodzą Michniewicza było i jest utrzymanie się w Dywizji A Ligi Narodów. Pierwszy wygrany mecz z Walią jest ku temu dobrym krokiem. Zwycięstwo z Belgią byłoby niesamowitą, miłą niespodzianką, a nawet sensacją. Serce kibica zawsze każe wierzyć, ale bądźmy szczerzy, już dawno powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie miejsce na europejskiej czy światowej mapie zajmuje Polska i tej pozycji się trzymać. Nie oczekiwać cudów i zwycięstw ponad miarę. 

W sobotę także nie spodziewam się rehabilitacji, odkupienia win, zatarcia śladów po kompromitującej porażce, czy czego tam jeszcze nie wymyślą autorzy poczytnych leadów. Spodziewam się przyzwoitej gry, trochę sportowej złości po porażce i przetestowania potrzebnych rozwiązani do zbudowania drużyny na mistrzostwa świata. Tylko tyle i aż tyle... O utrzymanie w Lidze Narodów jestem spokojna, a na mundialu chciałabym po prostu zobaczyć więcej niż trzy mecze z udziałem Lewandowskiego i spółki.

Zobacz także: Holandia - Polska. Kiedy, gdzie i o której następny mecz Polaków w Lidze Narodów?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL