Reklama

Reklama

Boniek nie ma prawa do pesymizmu

Skazanie Waldemara Fornalika na rolę kozła ofiarnego nie uzdrowi polskiej piłki. Czy istnieją jednak argumenty za tym, by selekcjoner kadry pozostał na stanowisku?

Jest coś odpychającego w publicznym nawoływaniu do pozbawienia kogoś pracy. Jest coś odrażającego w ludziach wyładowujących na innych własne frustracje. Dlatego debata nad przyszłością selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski nie należy do łatwych, choć da się ją sprowadzić do prostego rozliczenia z efektów działań. Z chwilą, gdy drużyna narodowa straci ostatni cień nadziei na baraż do brazylijskiego mundialu, a nieuchronnie nastąpi to wkrótce, można uznać, że wygasły motywy, by Waldemar Fornalik prowadził dalej polskich piłkarzy.

Reklama

Zbigniew Boniek losem Fornalika handlować nie chce. Można to zrozumieć. Szukanie kozłów ofiarnych niczego nie zmieni w naszej piłce. Postawienie pod pręgierzem kolejnego przegranego szkoleniowca byłoby pod pewnym względem czystym efekciarstwem. Dziś wielu z nas patrzy inaczej na bezwzględny, narodowy sąd, jakiego dokonaliśmy na Jerzym Engelu, czy Pawle Janasie. Obaj wylecieli z posady z hukiem, choć wprowadzili drużyny na mundiale w 2002 i 2006 roku. Większość z nas wyobrażała sobie wtedy, że to za mało. Dziś tamto mało, znaczyłoby wiele. Po awansie na brazylijski mundial Fornalik doczekałby orderu.

Prezes PZPN zasugerował kiedyś, że choćby z polskimi piłkarzami pracował Jose Mourinho, nie dokona cudu. Dziś powtarza, że na trenera za 10 mln euro nas nie stać, a taki za dwa miliony nie daje żadnej gwarancji. Bieda w naszym futbolu znana jest powszechnie. Właśnie w kilkanaście dni przeżyliśmy dwa mecze, które oddalają polską piłkę od cywilizacji o kolejne lata świetlne. Najpierw Legia nie dała rady Steaule, choć do awansu do Champions League potrzebowała bezbramkowego remisu w Warszawie, w piątek kadra nie podołała przetrzebionej kontuzjami gwiazd reprezentacji kraju liczącego 650 tys. ludzi, z czego zaledwie 279 tys. to Czarnogórcy.

Oczywiście można powtarzać, że polskiej piłki nie stać na sukces. Że szkolenie u nas leży, WF-y w podstawówkach są byle jakie, a zawodowy futbol jest szczytem góry zbudowanej na fikcji i złudzeniach. Byłoby to jednak zejście na niezdrowy poziom abstrakcji. Jeśli uznajemy, że nasi piłkarze do niczego się nie nadają, dajemy znakomite alibi Fornalikowi i wszystkim kolejnym selekcjonerom.

Kibic może myśleć i mówić co chce. Ale prezes PZPN-u zwykłym kibicem nie jest. Boniek sam prowadził polskich piłkarzy, więc doskonale wie, że posada selekcjonera nie należy do łatwych. Jeśli jednak postanowił stanąć na czele związku, to znaczy, że podejmuje wyzwanie. Że widzi sposoby na dokonanie czegoś i wyjście z impasu.

Prezes lubi powtarzać, iż między efektami jego pracy a zwycięstwami reprezentacji istnieje związek minimalny. To trochę tak, jakby polityk uważał, że obojętne są mu nastroje w kraju. Trudno budować tam, gdzie nie ma wiary i woli budowania. Boniek stanął na czele PZPN-u, by zagrzewać innych do walki.

Z chwilą, gdy były gwiazdor Juventusu został prezesem PZPN-u odebrał sobie prawo do pesymizmu. Jeśli wciąż chciał z politowaniem patrzeć na naszych niedouczonych futbolistów, powinien nadal pracować w mediach. Stając na czele związku, jego szef bierze odpowiedzialność za polską piłkę, z tego co ma on i jego podwładni powinni wycisnąć maksimum. Tymczasem najważniejszy współpracownik Bońka, czyli selekcjoner zdaje się dawać drużynie narodowej bardzo mało.

Być może się mylę? Być może mylą się dziesiątki tysięcy kibiców? Ktoś powinien ich jednak przekonać, że Fornalik jest najlepszy z możliwych. Tymczasem od prezesa PZPN-u słyszymy tylko, że nowy trener różniłby się od obecnego przede wszystkim wyższym wynagrodzeniem. W ten sposób zamykamy się w błędnym kole.

Dymisja Fornalika interesuje mnie mniej. Mniej niż pomysł prezesa, jak najlepiej pomóc piłkarzom. Machać na nich ręką może każdy poza szefem związku. Pokazanie drogi wyjścia z trudnej sytuacji jest cechą ludzi wybitnych, za jakiego obecny prezes PZPN-u się uważa.

Dlatego musi mieć plan. Pomysł na selekcjonera, jakim byli w początkach swojej pracy Jerzy Engel, Paweł Janas, czy Leo Beenhakker. Prezes i trener powinni być kimś więcej niż ludźmi zręcznie dorabiającymi alibi do niepowodzeń drużyny narodowej. W przeciwnym wypadku ich praca traci sens. Do tego w PZPN-ie wystarczyłby zdolny rzecznik prasowy. Teorii, czemu orzeł na piersi tak ciąży Robertowi Lewandowskiemu, mamy dość. Czas, by ktoś wymyślił, co z tym zrobić.

Autor: Dariusz Wołowski

Kto powinien zastąpić Fornalika? Dyskutuj na forum!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje