Reklama

Reklama

Polska ekipa w drodze do kraju

Reprezentacja Polski piłkarzy ręcznych odleciała w środę rano z Barcelony do kraju. Nastroje, co zrozumiałe, nie są najlepsze. Zawodnicy nie mogą pogodzić się z porażką w 1/8 finału mistrzostw świata z Węgrami 19-27.

- W żadnym wypadku nie myśleliśmy o tym, żeby po tak krótkim czasie musieć wyjeżdżać z Barcelony. Dobrze wiedzieliśmy, że Węgrzy są klasową drużyną, to przecież czwarty zespół igrzysk olimpijskich w Londynie, więc zdawaliśmy sobie sprawę jaki poziom prezentują. Mogę tylko przeprosić kibiców, bo obiecałem walkę taką jak z Serbią, a czegoś takiego nie było - powiedział obrotowy Bartosz Jurecki.

W opinii fachowców i według statystyk był jednym z najjaśniejszych, obok bramkarzy, punktów polskiej drużyny podczas MŚ w Hiszpanii. M.in. zdobył najwięcej goli dla biało-czerwonych - 33.

Kapitan drużyny Sławomir Szmal przypomniał, że nawet w pierwszej połowie poniedziałkowego meczu, która wydawała się dużo lepsza od drugiej, nie ustrzeżono się błędów.

- Zagraliśmy dobrą pierwszą połowę, choć i tak było za dużo niecelnych rzutów i za słaba obrona. Ale mogła się podobać publiczności. Była walka i zostawione serce na boisku. W drugiej nie zafunkcjonowała ani obrona, ani atak - podsumował znakomity bramkarz, najlepszy piłkarz ręczny świata w 2009 roku w plebiscycie międzynarodowej federacji (IHF).

Rozżaleni, że tak krótko przebywali w Hiszpanii, są dwaj zawodnicy, którzy dołączyli do ekipy już w trakcie mistrzostw, zastępując kontuzjowanych kolegów - Mariusza Jurkiewicza i Michała Chodarę.

- Węgrzy byli po prostu mocniejsi w każdym elemencie gry. Byli stabilniejsi w obronie, a i w ataku też grali o wiele bardziej konsekwentnie. Wygrali zasłużenie. Czasami jest taki dzień, że cokolwiek zrobisz, to i tak wszystko jest źle. Chwilami to tak wyglądało, jakbyśmy grali ze sobą pierwszy raz - powiedział rozgrywający Marcin Lijewski.

- Daliśmy z siebie wszystko. Szkoda, że mistrzostwa się dla nas skończyły. Bardzo tego żałujemy. Trzeba jednak pamiętać, że z 10 lat temu nie było nas na żadnej ważniejszej imprezie, a teraz myślimy o medalach - dodał Piotr Grabarczyk, który na środku obrony miał pełnić rolę Jukiewicza.

Niezbyt okazale wypadł debiut na imprezie mistrzowskiej nowego selekcjonera reprezentacji Michaela Bieglera. 51-letni szkoleniowiec, który na początku czempionatu starał się zachować spokój, wraz z upływem czasu, coraz częściej dawał upust emocjom przy linii bocznej boiska. On też nie może jeszcze dojść do siebie, kompletnie zaskoczony postawą zespołu, szczególnie w drugiej połowie meczu z Węgrami.

- Nie rozumiem co się stało. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby tak grali. To, co zaprezentowaliśmy, nie wystarczyło, aby zagrać w ćwierćfinale - powiedział Biegler.

Polska ekipa ma dotrzeć na lotnisko im. Chopina w Warszawie, z międzylądowaniem we Frankfurcie nad Menem, o godz. 13.25.

Z Barcelony Cezary Osmycki


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje