Reklama

Reklama

Jak Murray został Brytyjczykiem

Andy Murray i Ivan Lendl rozprawili się z demonami przeszłości na trawie Wimbledonu. I dali satysfakcję Jerzemu Janowiczowi.


Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

"Jeśli wygra, będzie Brytyjczykiem, jeśli przegra, Szkotem" - takim tytułem hiszpański dziennik "El Pais" zapowiadał finał Wimbledonu 2013. Po ostatniej zwycięskiej piłce Andy Murray znacząco spojrzał w kierunku loży prasowej. Nie mógł sobie odmówić frajdy zajrzenia w oczy najbardziej zajadłym wobec niego dziennikarzom. "Przypuszczam, że zrobiłem to zupełnie nieświadomie" - usprawiedliwiał się potem. Proces stawania się bohaterem narodowym był długi i bolesny, ale zakończony happy endem.

Andy Murray przyznaje, że jest człowiekiem trudnym. Że postęp w grze zawdzięcza Lendlowi, który w odróżnieniu od innych trenerów miał odwagę walić mu prawdę w oczy. W świecie tenisa płacą i wymagają zawodnicy, szkoleniowców traktując czasem jak służących bez prawa głosu. Lendl swoich praw potrafił bronić.

Długa i smutna jest opowieść o tym jak Ivan Lendl, w swoim czasie nr 1 światowego tenisa, który wygrał 94 turnieje singlowe w tym osiem wielkoszlemowych, bezskutecznie zabiegał o ten najbardziej prestiżowy. Kiedy opuszczał korty 21 grudnia 1994 roku wyznał, iż za zwycięstwo w All England Lawn Tennis and Croquet Club, oddałby wszystkie inne. Odszedł jednak z etykietką jednego z najwybitniejszych graczy w historii, któremu nie dane było zwyciężyć na Wimbledonie. Miał odwagę wrócić tam jednak z Murray’em. Wczorajszy triumf nie jest jednak dla niego czymś normalnym.

Proces stawania się bohaterem narodowym Wielkiej Brytanii był dla Andy’ego równie długi i równie bolesny. Tłumy rodaków nie zakochały się w nim od pierwszego wejrzenia, tak jak w Timie Henmanie. Henman był dobrze wychowanym chłopcem, z urokiem osobistym i klasą, którego z dumą zaadoptowałaby każda brytyjska matka i chwaliła się nim sąsiadom. Do półfinału Wimbledonu docierał cztery razy (lata 1998-2002), zawsze przegrywając z późniejszym zwycięzcą. Dwa razy uległ Pete Samprasowi, raz z Goranowi Ivaniseviciowi w starciu pięciosetowym wciąż przerywanym przez deszcz. Ostatni raz pokonał go Lleyton Hewitt.

Z Henmanem wimbledońskie katusze cierpiała cała Wielka Brytania. Bez happy endu. Gdy pojawił się Murray, antypatyczny Szkot, który zachowywał się na korcie bez wdzięku, chodził wciąż skrzywiony, niezadowolony, dając do zrozumienia, że bezustannie cierpi, trudno było uznać go za swojego. Introwertyk robił jednak szybkie postępy.

Kiedy przed rokiem przegrał finał Wimbledonu z Rogerem Federerem, Lendl powiedział zapłakanemu Szkotowi: "jestem z ciebie dumny". Potem emocje opadły, więc usiedli i przeanalizowali błędy. Pomogło. W finale igrzysk w Londynie, na tych samych kortach, Murray, w grze o złoto zmiótł Federera z powierzchni ziemi. To był przełom. Niedługo później pokonał Djokovicia w finale US Open 2012 wygrywając swój pierwszy turniej wielkoszlemowy.

W tegorocznym Wimbledonie Murray przeżył koszmar w ćwierćfinale, przegrywając z Fernando Verdasco 0-2. Ocalił swoje szanse wygrywając jednak trzy kolejne sety. Podobnie zaczął półfinał z Jerzym Janowiczem, ale jak się okazało, to był trzeci i ostatni set, jaki oddał w całym turnieju. Po porażce 1-3 Polak pogratulował Szkotowi zaznaczając jednak w swoim stylu, że zobowiązuje go do wygrania finału z Novakiem Djokoviciem, bo on nie znosi przegrywać z tymi, którzy potem sami przegrywają. To życzenie Janowicza miało się spełnić.

Faworytem bukmacherów był nr 1 światowego tenisa Djoković, który pobił Murray’a w finale Australian Open. Wystarczyły jednak trzy bardzo zacięte sety, by Szkot został pierwszym brytyjskim zwycięzcą męskiego Wimbledonu od Freda Pery’ego w 1936 roku. Tym samym Andy definitywnie opuścił rolę antypatycznego Szkota, stając się dumą Wielkiej Brytanii.

Autor: Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje