Reklama

Reklama

Władysław Kozakiewicz kończy 60 lat

Mistrz olimpijski w skoku o tyczce z Moskwy Władysław Kozakiewicz w niedzielę kończy 60 lat. Polscy kibice mają w pamięci przede wszystkim jego walkę o olimpijskie złoto na Łużnikach i wykonany później obraźliwy gest pod adresem nieprzychylnych mu trybun.

30 lipca 1980 roku olimpijski konkurs w Moskwie odbywał się w specyficznych warunkach. Sympatyzująca z tyczkarzem ZSRR Konstatinem Wołkowem publiczność hałasowała podczas skoków Kozakiewicza, Tadeusza Ślusarskiego i zawodników z Francji.

Reklama

Kozakiewicz postanowił pokazać, co o tym myśli. Po pokonaniu wysokości 5,75 m zrobił obsceniczny gest, zwany od tamtej chwili "gestem Kozakiewicza". W transmisji na żywo widział to cały świat, ale w późniejszych relacjach dla krajów socjalistycznych wycinano ten fragment. Ambasador ZSRR w PRL Borys Aristow domagał się nawet odebrania mu medalu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

- Wychodzi Francuz - gwizdy, wychodzi Polak - gwizdy. Gwizdy narastały w rytmie rozbiegu. Od tych gwizdów podskoczyła mi adrenalina. Ta adrenalina, te gwizdy, ta wściekłość, wszystko się we mnie wymieszało. Skakałem jak w transie. W sumie publiczność mi pomogła. Dołożyli mi tymi gwizdami z osiem centymetrów. A jak przeskoczyłem te pięć siedemdziesiąt pięć, to mi się ręka tak jakoś sama zgięła w łokciu... - wspominał po latach Kozakiewicz, który w tamtym olimpijskim konkursie ustanowił jeszcze rekord świata - 5,78.

Kozakiewicz urodził się 8 grudnia 1953 roku we wsi Soleczniki Małe, 45 km od Wilna. Jak wspomina w wydanej niedawno autobiografii, nie miał łatwego dzieciństwa.

Kiedy prosił ojca o trąbkę, dostał akordeon. Jemu i jego kolegom nie umiał przygrywać do alkoholowych biesiad. - Nieustannie słyszałem: zrób to, zrób tamto. Ciągle ktoś próbował za mnie decydować, co będzie dla mnie lepsze - mówił podczas spotkania autorskiego.

W 1985 roku zdecydował się pozostać w Niemczech. W Polsce został za to zdyskwalifikowany, odebrano mu majątek. Jak podkreśla, musiał wszystko zaczynać od nowa, ale nie żałuje swoich decyzji.

- Ósmego grudnia skończę 60 lat. Chociaż los pokazywał mi wała o wiele więcej razy niż ja Rosjanom na Łużnikach w 1980 roku, to i tak uważam, że życie ułożyło mi się fantastycznie, a sport odegrał w nim największą rolę. Tyczka wynosiła mnie wysoko, pozwalała nabrać pewności siebie i na wielu spojrzeć z góry, ale też powodowała bolesne upadki - mówił w niedawnym wywiadzie.

Od 13 lat pracuje w gimnazjum w Bissendorfie koło Hannoveru, gdzie szkoli młodych adeptów skoku o tyczce. Często odwiedza Polskę.

Zapewnia, że jest zadowolony z życia. - Mam cudowną rodzinę, od początku tę samą żonę Annę, rzeszowiankę, poślubioną w 1977 roku, którą cały czas niezmiennie kocham. Mam dwie wspaniałe córki. Jestem szczęśliwym dziadkiem. I cóż mi więcej trzeba...?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje