Reklama

Reklama

Labirynt dopingowy

Dopingowe wpadki sprinterów wznawiają dyskusję: czy przekraczanie granic ludzkich możliwości na arenach sportowych może się odbywać bez zabronionej farmakologii?

Lament nad nagłą śmiercią przepięknej Florence Griffith-Joyner zakłóciły mniej lub bardziej absurdalne sugestie na temat wyniszczającej organizmy sportowców "diety dopingowej". Seulskie rekordy świata Amerykanki przetrwały już ćwierć wieku, zbliżyła się do nich jedynie Marion Jones, osadzona w więzieniu po słynnej aferze dopingowej BALCo. Seulskie igrzyska z 1988 roku pozostawiły dwa niezatarte wspomnienia: wielkich zwycięstw i rekordów urodziwej Amerykanki oraz jeszcze większego skandalu dopingowego Kanadyjczyka Bena Johnsona, zwycięzcy wyścigu stulecia z Carlem Lewisem.

Trudno ocenić, czy którakolwiek z wymienionych w tym tekście gwiazd sportu wolna była od dopingu? Wiadomo, że nie wszystkie zostały na nim przyłapane. Tak jak kolarz wszech czasów Lance Armstrong, który największym dopingowym zbrodniarzem został na podstawie zeznań kolegów. W swojej spowiedzi po dożywotniej dyskwalifikacji Amerykanin wyznał: "Tour de France nie da się wygrać bez dopingu". Dziś cierpi za to lider "Wielkiej Pętli" Chris Froome. Po swoim życiowym triumfie na słynnym Mont Ventoux słucha przede wszystkim sugestii o dopingu. Skoro kręcił pedałami jak maszyna, część obserwatorów uważa, że trudno dostrzec w nim normalnego człowieka.

Brytyjczyk mówi o bólu, wyrzeczeniach, tysiącach kilometrów i hektolitrach potu, które podczas przygotowań wylał na treningach razem z kolegami z drużyny. Atakowanie go oskarżeniami bez dowodów wydaje się wyjątkowo okrutne. Kibic znalazł się w sytuacji schizofrenicznej, przed Froomem to samo mówił Armstrong i wszyscy wielcy zwycięzcy Touru przyłapani potem na dopingu.

Usain Bolt to dziś bezdyskusyjnie jedna z najjaśniejszych gwiazd światowego sportu. Za każdy rekord Jamajczyk dostaje 100 tys dol., co jest tylko ułamkiem wobec dochodów z kontraktów reklamowych. Bolt budzi powszechną sympatię, każdy jego bieg jest wydarzeniem dla świata. Ludzie podziwiają sposób, w jaki piszcząca od biedy wyspa z trzema milionami mieszkańców stała się supermocarstwem sprintów. 

Reklama

Mieszkańcy Karaibów mają więcej szybkich włókien mięśniowych niż ludzie biali. Organizowane w Kingston od ponad stu lat zawody szkolne na stadionie narodowym oglądają komplety widzów. Biegał w nich również Bolt - jedyny już z wielkich sprinterów, który nie wpadł na dopingu. Dwa lata temu wyszło jednak na jaw, że współpracował z Angelem Hernandezem, który wcześniej nazywał się Heredia i dostarczał środki dopingujące Marion Jones.

Bezpodstawne oskarżenie Bolta byłoby absurdem. Ludzie kojarzą jednak fakty: jeszcze przed igrzyskami w Pekinie na Jamajce nie było żadnej lokalnej agencji antydopingowej. Kontrolerzy z karaibskiego biura Światowej Agencji Antydopingowej nie mieli ani środków, ani odwagi, by pojawić się w gettach Kingston gdzie mieszkali sprinterzy. Nie było więc tak częstych i tak dokładnych kontroli, jak w przypadku sportowców z innych krajów i regionów. Czy to mogło mieć wpływ na rozkwit jamajskiego imperium?

Dopingowe wpadki Asafy Powella, a wcześniej Veroniki Campbell-Brown są potwierdzeniem czarnego scenariusza? Z powodu wpadki dopingowej Adidas zerwał właśnie kontrakt z Tysonem Gay’em z USA. Z dziesiątki najszybszych ludzi na ziemi, ośmiu wpadło na dopingu. Świat sportu zdaje się działać według własnych reguł, wielu lekkoatletów, kolarzy, ciężarowców twierdzi, że prawdziwa bomba wybuchłaby wtedy, gdyby dokładniej badano piłkarzy. By dociec prawdy, trzeba by być może zarżnąć kurę znoszącą złote jajka.

Długo za wolny od dopingu uważano przecież baseball. Zmieniły to anonimowe badania z 2003 roku, gdy z 1,2 tys próbek, 104 dały wynik pozytywny. Niedługo potem wybuchła afera BALCo, czyli fabryki produkującej niewykrywalny wówczas doping, z której usług korzystali amerykańscy lekkoatleci i baseballiści ze słynnym Barrym Bondsem. Zawodnik San Francisco Giants nie został złapany na dopingu, ani się do niego nie przyznał. Przed sądem stanął za składanie fałszywych zeznań. W styczniu tego roku członkowie amerykańskiego związku dziennikarzy baseballowych wykluczyli kandydata na gracza wszech czasów z powołania do galerii sław. Słusznie, czy niesłusznie? 

Nie chodzi mi jednak o roztrząsanie winy sportowców, czy cech systemu zmuszającego ich do dopingu, jako warunku koniecznego wygrywania i zarabiania milionów. Żal mi raczej tych, którzy mimo harówki nie biorą pozostając w cieniu, lub tych, którzy przekraczając granice ludzkich możliwości sprowadzają na siebie nie tylko sławę, ale też podejrzenia. Nie można być jednak absolutnie pewnym, czy ci drudzy jeszcze w ogóle istnieją?

Ekstremiści apelowali o zalegalizowanie dopingu, by skończyć z tą zbiorową hipokryzją. Tyle, że wtedy na bieżniach, boiskach, czy skoczniach rywalizowaliby nie tyle sportowcy, co wyprodukowane w laboratoriach monstra. Pesymiści uważają jednak, że tak właśnie dzieje się już dzisiaj.

Znaleźliśmy się w labiryncie bez wyjścia? Zapewne. Tak jak trudno wierzyć, by żołnierze podczas wojny stosowali wyłącznie metody zawarte w kodeksie honorowym, tak ciężko przypuszczać, że owładnięci obsesją zwyciężania zawodowi sportowcy staną się wcieleniem fair play. Ideał znów sięga bruku i trudno wyobrazić sobie metodę, by go z niego podnieść. Pogoń agentów agencji antydopingowych za mistrzami sportu przypomina chwilami wojnę gangów. Ci, którzy wierzą w jej sensowność twierdzą, że Flo-Jo mogła żyć do dzisiaj. Teza niemożliwa ani do obalenia, ani potwierdzenia.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje