Reklama

Reklama

Kubot: Deszcz mi pomógł, bo trochę opadłem z sił

Łukasz Kubot, po wygranej z Japończykiem Tatsumą Ito 7:6 (8-6), 6:3, 6:3, awansował w środę do drugiej rundy wielkoszlemowego turnieju na trawiastych kortach w Wimbledonie (pula nagród 16,1 mln funtów). Polski tenisista przed rokiem dotarł tu do 1/8 finału.

- Mecz był bardzo ciężki, tak jak się spodziewałem, bo znałem przeciwnika i wiedziałem, że świetnie gra z kontry. Do tego - jak to zwykle mówię o takich zawodnikach - jest +nisko zawieszony+. Japończycy grają i trenują prawie cały czas na szybkich nawierzchniach betonowych. Zawsze atakują piłki zaraz po odskoku, na wysokości bioder. Do tego ma świetnego +ścinaka+ czyli slajsowany serwis na zewnątrz - powiedział po meczu Kubot.

Reklama

Dlatego w połowie pierwszego seta postawił - jak przyznał - wszystko na jedną kartę. - Grałem w stylu serwis-wolej, a do tego zacząłem stawać bliżej linii przy returnie. Przede wszystkim starałem się unikać długich wymian. Wygrałem pierwszego seta trochę szczęśliwie, myślę, że właśnie dzięki wypadom do siatki. Później od połowy drugiego do 5:1 w trzecim secie grałem najlepszy tenis w meczu i nie pozwoliłem rywalowi rozwinąć skrzydeł.

Gdy na tablicy widniał wynik 5:3 i 30-30 przy serwisie Polaka grę przerwano, a po godzinie organizatorzy ogłosili, że zostanie dokończony następnego dnia.

- W sumie dość ważny był gem przy 4:1, bardzo długi, bo trwał chyba prawie 15 minut, na równowagi i przewagi. Graliśmy w nim długie wymiany, co przypłaciłem później utratą sił. Wygrałem go 5:1, ale z drugiej strony zacząłem po nim trochę słabnąć fizycznie; rywal się nagle rozegrał. Zrobiła się w końcówce seta nerwówka, dlatego uważam, że deszcz bardzo mi pomógł - powiedział Kubot.

- Wczoraj późno wróciłem z kortów, zjadłem późną kolację i praktycznie dopiero dzisiaj rano rozmawialiśmy o dokończeniu tego meczu z trenerem Stocesem. Właściwie moja taktyka się nie zmieniła, czyli dalej miałem grać serwis-wolej. Miałem dograć ten mesz ja sam, a nie czekać na błędy przeciwnika i tak się też stało. Ostro ruszyłem do siatki i wykorzystałem czwartego meczbola. Jedyne czym mnie przeciwnik zaskoczył, to trzema lobami, których wcześniej nie grał ani razu - dodał.

Kolejny rywal 30-letniego Polaka to Chorwat Marin Cilic, rozstawiony z numerem 16. Będzie to ich trzeci pojedynek; dotychczas tenisista z Lubina zdołał rywalowi urwać tylko seta. - Z trenerem Stocesem zastanowimy się nad taktyką, tym bardziej że Jan zna Cilica dość dobrze. Ale raczej na pewno będę chodził do siatki, bo uważam, że Chorwat z głębi kortu gra lepiej ode mnie. Muszę więc grać agresywnie i szukać okazji do skracania wymian. Ważnym elementem będzie serwis i return, którym będę musiał strzelać, żeby przejmować inicjatywę. To on jest faworytem, szczególnie po tym jak wygrał ostatnio na trawie w Queens Clubie - uważa Kubot.

W tegorocznym Wimbledonie tenisista sklasyfikowany obecnie na 49. miejscu w rankingu ATP World Tour, startuje tylko w singlu. - Granie debla do trzech wygranych setów i bez tie-breaka w piątym, to nie była zachęcająca perspektywa. Do tego ciągle powracający deszcz i przekładanie meczów. To były powody, przez które postawiłem wszystko na jedną kartę, czyli singla. Rok temu przeszedłem tu eliminacje, później zagrałem ciężkie cztery mecze w turnieju głównym, po czym złapałem kontuzję nadgarstka i lato mi zupełnie uciekło. Teraz chcę dobrze odpocząć po Wimbledonie i szybko rozpocząć przygotowania do występu w igrzyskach w Londynie. Olimpiada jest moim głównym celem na ten rok. Przed nią zagram tylko w Stuttgarcie i Gstaad, zrezygnowałem ze startu w Hamburgu, bo tam są ciężkie piłki i bardzo wolne korty, do tego też ciągle pada deszcz - podkreślił Kubot.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | tenis | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje