Reklama

Reklama

W polskiej piłce bieda aż piszczy

W 2014 roku nadal będziemy świadkami zaciskania pasa przez kluby T-Mobile Ekstraklasy. To nie wróży ani wysokiego poziomu meczów w rundzie wiosennej, ani dobrego występu polskich drużyn w europejskich pucharach.

Oszczędzają wszyscy. Potężne załamanie finansowe dotknęło niedawnych potentatów - Wisłę Kraków czy Śląsk Wrocław. Koszty tną w Kielcach, Gdańsku czy Gliwicach, nie mówiąc już o pustce w kasach Górnika czy Ruchu. Skąd to się wzięło? Przecież od dawna słyszeliśmy głosy, że Euro 2012 będzie gigantycznym motorem napędowym dla polskiego futbolu. Minęło półtora roku, a my jesteśmy na coraz dalszych europejskich peryferiach.

Nie było efektu Euro

Nowe lepsze czasy dla polskiej piłki odbębniono w 2007 roku, kiedy przyznano Polsce prawo do organizacji Euro 2012. Faktycznie, coś się zaczęło dziać. Do 2011 roku Ekstraklasa była najbardziej dynamicznie rozwijającymi się rozgrywkami piłkarskimi w Europie. Rosły przychody z transmisji telewizyjnych, coraz więcej kibiców zaczęło odwiedzać nowoczesne stadiony, a idące w górę gaże ściągały coraz to bardziej znane nazwiska. Także chętniej do kieszeni sięgali właściciele klubów. Piłkarski cyrk pod banderą UEFA na miesiąc rozwinął swoje namioty w Polsce, zostały po nim puste stadiony i coraz większe długi. Zamiast eksplozji sukcesów spotkało nas dramatyczne pęknięcie bańki mydlanej. Gwiazdy wyjechały, stadiony opustoszały, pozostał żal zmarnowanej szansy.

Reklama

Swoje zrobiła też zapomniana już ustawa hazardowa, która wyeliminowała z polskiego sportu zakłady bukmacherskie. A przecież w sezonie 2009/2010 "buki" reklamowały się na koszulkach Lecha czy Wisły, a także były sponsorami pierwszej ligi. Przez decyzje parlamentarzystów lekką ręką pozbyto się ich. Szacuje się, że polski sport traci na tym około 50 milionów złotych rocznie. Niestety, lobby polskich klubów okazało się zbyt słabe, aby zmienić niekorzystne zapisy. Niewiele w tej sprawie zrobili też posłowie PO Roman Kosecki i Cezary Kucharski. Nic nie wskórał także Jan Tomaszewski z PiS.

Piłkarscy działacze zaskakująco szybko pogodzili się z utratą milionów. Jacek Rutkowski, właściciel Lecha Poznań, mówił w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego", że to właśnie brak "efektu Euro 2012" był dla niego największym rozczarowaniem minionych lat. - A miałem punkt odniesienia w Niemczech, gdzie mundial 2006 był niesamowitym bodźcem dla tamtejszej piłki. Pamiętam zresztą, że jak w 1987 roku przeprowadziłem się do Niemiec, to wtedy na mecze 1. Bundesligi przychodziło średnio kilkanaście tysięcy ludzi. Teraz niemiecka średnia to ponad 40 tysięcy widzów na trybunach - powiedział w grudniowym wywiadzie.

Puste stadiony

U nas było inaczej. Mecze Lecha ściągały na trybuny najwięcej fanów, średnio ponad 20 tysięcy kibiców. Ale to i tak mało, bo stadion w Poznaniu jest przecież dwa razy większy. A co dopiero mają powiedzieć we Wrocławiu czy Gdańsku? 14 grudnia mecz Śląska z Piastem ogląda z trybun 8456 widzów, tydzień wcześniej hitowe wydawałoby się spotkania Lechii z Legią ściąga na PGE Arenę zaledwie 8 tysięcy fanów. A koszty są ogromne, bo przecież trzeba zabezpieczyć gigantyczny obiekt. To nic, że stoi pusty.

Frekwencja choć matematycznie była nieco wyższa niż w ubiegłym roku to i tak diametralnie odbiega od oczekiwań prezesów klubów. Mówi się, że na biletach można naprawdę zacząć zarabiać, kiedy stadion wypełnia się w ok. 70 procentach. Dla każdego z klubów mających nowoczesne stadiony taka widownia to jak na razie marzenie ściętej głowy. Obiekty mogące pomieścić nawet kilkadziesiąt tysięcy kibiców okazały się być zmorą dla ich gospodarzy. Wraz z ich oddaniem powstawały wyliczenia, ile kasy będą mogły zarobić kluby z tzw. dnia meczowego (sprzedaż biletów, pamiątek klubowych oraz catering). Rzeczywistość okazała się brutalna.

Nie ma kogo oglądać

- Kibice nie chcą przychodzić na stadiony, bo mecze stoją na niskim poziomie, brakuje gwiazd - mówił w rozmowie z INTERIA.PL Dariusz Dziekanowski. Trudno się z nim nie zgodzić. Jeszcze dziesięć lat temu połowa składu reprezentacji Polski opierała się na graczach Wisły. Także w innych drużynach nie brakowało wyróżniających się piłkarzy. Teraz z ligi do kadry trafiają jednostki. Jeśli selekcjoner decyduje się powołać większą liczbę kopaczy z krajowego podwórka, to kończy się blamażem, jak w spotkaniu ze Słowacją.

Gdzie te ligowe gwiazdy? Popatrzymy na najskuteczniejszych napastników. Paweł Brożek przez ostatnie dwa lata praktycznie nie grał w piłkę. Wrócił do Wisły i praktycznie z marszu zaczął strzelać gole i prowadzi w wyścigu o koronę króla strzelców. Za nim jest Marco Paixao, który przed podbojem polskich boisk próbował szczęścia w... Iranie. Najskuteczniejszy Brożek po 21 kolejkach ma zaledwie 11 goli, Portugalczyk o jednego mniej. To nie jest bilans, który powala na kolana. Pewnie i tak interesowałyby się nimi zachodnie kluby, ale obaj są już dość zaawansowani wiekowo.

No bo jeśli ktoś jest młody i ma w sobie choć odrobinę talentu, od razu zmienia klub. W niedawnym czasie polską ligę opuścili Rafał Wolski, Artur Jędrzejczyk, Aleksandar Tonew, Łukasz Skorupski, Tomasz Kupisz czy Bartłomiej Pawłowski, Mateusz Stępiński czy Arkadiusz Milik. Poza "Jędzą" żaden z nich nie ma miejsca w swoim klubie, a niektórzy pomimo upływu kilku miesięcy czekają na debiut w nowych barwach. Innych to nie zraża i wszystko wskazuje na to, że w zimowym okienku czeka nas kolejny odpływ gwiazdek T-Mobile Ekstraklasy. Do wyjazdu sposobią się m.in. legioniści - Tomasz Jodłowiec i Dominik Furman.

Do polskiej ligi nie lgną też doświadczeni piłkarze z Europy. Na zawodnika z podobnym CV do Danijela Ljuboi trzeba nam będzie jeszcze długo poczekać. Teraz nawet Legii nie stać na to, aby płacić piłkarzowi roczny kontrakt na poziomie 600 tysięcy euro. Do ligi owszem dalej trafiają obcokrajowcy. Ale najlepiej tacy bez klubów i z niskimi wymaganiami finansowymi. A to nic, że razem z nimi idą kiepskie umiejętności.

Mecenasi w odwrocie

Inne hobby znalazł sobie Józef Wojciechowski, który nie szczędził grosza na Polonię Warszawa, Zbigniew Drzymała zostawił po swojej Dyskobolii Grodzisk Wlkp. ośrodek treningowy, do którego przyjeżdża na zgrupowanie kadra Adama Nawałki, a Krzysztof Klicki dopiero po kilku latach przerwy zdecydował się znów nieco wesprzeć Koronę. Milionerów w polskiej piłce jest coraz mniej, a tam, gdzie są, to już nie szastają pieniędzmi. Janusz Filipiak zanim zdecyduje się wydać kolejną złotówkę woli parę razy się zastanowić. On też kilka lat temu uległ finansowemu szaleństwu.

Po drugiej stronie Błoń sytuacja jest jeszcze gorsza. Prezes Wisły Jacek Bednarz z utęsknieniem wypatruje, kiedy z listy płac wypadną piłkarze z najwyższymi kontraktami.  Jednego już prawie udało im się wypchnąć. Gordan Bunoza ma jeszcze zimą przenieść się do Belgii. "Biała Gwiazda" nie zarobi na nim wielkiej kasy, Bośniakowi za pół roku wygasa kontakt. Kiedyś już kilka miesięcy wcześniej zaproponowano by mu nową umowę i sprzedano z zyskiem. Teraz wszyscy ucieszą się, jeśli nie będzie generował dodatkowych kosztów. Takich przykładów w Wiśle jest jeszcze kilka. Następni w kolejce do wylotu są Łukasz Garguła i Marko Jovanović. To nic, że podobnie jak Bunoza są czołowymi postaciami drużyny.

Bilans musi chociaż wyjść na zero, a do tego pod Wawelem jeszcze daleka droga. Kiedyś dziury finansowe hojnym gestem łatał Bogusław Cupiał. Teraz nie ma na to najmniejszych szans, bo szef Tele-Foniki ma inne zmartwienia na głowie. Według doniesień "Rzeczpospolitej" prokuratura postawiła mu zarzuty. Chodzi o przestępstwa podatkowe i nieuczciwie, zdaniem organów ścigania, uzyskany zwrot podatku dochodowego w 2000 i 2001 roku. Zdaniem "Rz" Cupiał jest podejrzany o przywłaszczenie 67 milionów złotych. Wisła jest w tak złej sytuacji finansowej, że klub wyprowadza się do Myślenic, a piłkarze pod Wawelem będą pojawiać się tylko na meczach. Bo tak taniej. Wzmocnienia? Transfery? Możecie zapomnieć.

Najbardziej spektakularne było jednak odejście Zygmunta Solorza-Żaka. Właściciel Polsatu wpompował w Śląsk Wrocław blisko 30 milionów złotych, ale nie zadowoliło go nawet zdobycie mistrzostwa i wicemistrzostwa Polski. Skończył dokładać kasę pod koniec 2011 roku. Śląsk popadł w długi i groził mu nawet scenariusz, który przerabiano w Polonii Warszawa. Z pomocną ręką przyszło jednak miasto i za 4 miliony złotych odkupiło udziały od jednego z najbogatszych Polaków.

Zbudowali cyrk, niech opłacają małpy

Doszliśmy do paradoksalnej sytuacji, że utrzymanie profesjonalnego klubu piłkarskiego spadło na samorządy, które przecież w dużej mierze z własnej kieszeni finansowały budowanie nowoczesnych obiektów. Do miasta należy Śląsk i Korona, na miejskim garnuszku w mniejszym lub większym stopniu są Podbeskidzie czy Piast, niedługo podobny los może spotkać Lechię, bo z utrzymywania zespołu chce się wycofać Andrzej Kuchar. Jeśli szybko klub nie zostanie sprzedany, to też z odsieczą ruszy prezydent Gdańska. Dlaczego? Żaden z samorządów nie pozwoli na to, aby klub, któremu dopiero co za ciężkie pieniądze wybudowano stadion, grał w IV lidze. To byłaby wizerunkowa klęska warta dużo więcej niż te kilka czy kilkanaście milionów, które trzeba przeznaczyć na utrzymanie drużyny na jako takim poziomie.

Działacze wykorzystują tę sytuację. Przedstawicielom Lecha już udało się wynegocjować obniżkę czynszu. To samo będzie w Krakowie, gdzie okoniem postawiła się Wisła, grożąc, że "Biała Gwiazda" będzie rozgrywać swoje mecze poza Krakowem. Poskutkowało. Wkrótce ma zostać podpisana umowa na użytkowanie stadionu. Zamiast oczekiwanych przez urzędników 7 milionów, na miejskie konto wpłynie ponad połowa mniej.

Autor: Krzysztof Oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje