Reklama

Reklama

​Michał Kwiatkowski: Czekam na wielkie "wow"

- Kończący się rok dał mi wielkiego kopa, pokazał, że mogę wiele osiągnąć i na pewno nie zamierzam osiąść na laurach. Mistrzostwo świata w drużynie czy 11. miejsce w Tour de France to było małe "wow". Teraz czekam na wielkie - mówi w rozmowie z INTERIA.PL czołowy polski kolarz Michał Kwiatkowski.

To się dopiero nazywa postęp! Przez ostatnie 12 miesięcy Michał Kwiatkowski stał się czołowym kolarzem świata. Na ubiegłorocznych igrzyskach olimpijskich w Londynie był dopiero 60., a w Giro d’Italia zajął 136. miejsce. W 2013 roku liczyli się z nim najlepsi. Przez długi czas był w pierwszej dziesiątce Tour de France, z której wypadł dopiero na samym końcu Wielkiej Pętli. Jego największym sukcesem było jednak zdobycie złotego medalu mistrzostw świata w jeździe drużynowej na czas. A jak mówi nam sam "Kwiatek" w przyszłości będzie jeszcze lepiej.

Reklama

INTERIA.PL: Ochłonąłeś już po całym zamieszaniu dookoła twojej osoby?

Michał Kwiatkowski, czołowy polski kolarz: - Trzeba mieć głowę na karku, żeby to wszystko kontrolować. Jest mnóstwo osób, które chciałoby się spotkać i porozmawiać, ale najważniejszy jest trening. A grudzień to już taki miesiąc, kiedy bardziej powinienem myśleć o przygotowaniach do sezonu niż wywiadach. Pierwsze starty w lutym.

Sam sobie jesteś winny. Było nie zostawać mistrzem świata...

- No tak, dlatego tak bardzo nie narzekam (śmiech).

Za tobą wymarzony rok?

- Zawsze może być lepiej, choć faktycznie ten sezon był najlepszy w mojej karierze. Na pewno bardzo mocno uwierzyłem w siebie i zdałem sobie sprawę, że wiele mogę osiągnąć w przyszłości.

Sam dostrzegasz jak wielki zrobiłeś postęp?

- To systematyczne pięcie się w górę. W 2012 roku odnosiłem kontuzje, w trakcie sezonu zamiast startować, musiałem leczyć się. Marnowałem czas. Forma pojawiała się i szybko znikała. Sezon 2013 był równy, nie schodziłem poniżej pewnego poziomu przez większość wyścigów. To zaowocowało sukcesami.

Zająłeś 11. miejsce w Tour de France. Bardzo zabolało cię, że wypadłeś z pierwszej dziesiątki na samym końcu Wielkiej Pętli?

- Żałuję, że nie udało się mi się wybronić, ale jechałem tam przede wszystkim zbierać doświadczenie. Patrząc jednak szerzej, to pozycja na koniec nie ma aż tak wielkiego znaczenia, bo wiem, że wrócę do Francji i będę walczył o jeszcze lepsze miejsca.

Czy to faktycznie taki wyścig grozy?

- Nie sądzę, aby którykolwiek z zawodników bał się tego wyścigu. Na starcie pojawia się cała światowa czołówka, wszyscy jak najlepiej przygotowani. Na Wielkiej Pętli nie ma przypadku, że komuś uda się raz szczęśliwie uciec i zgarnia największe laury.

Chodziło mi bardziej o skale trudności wyścigu.

- To my, kolarze robimy wyścig. Nasza postawa decyduje, czy jest on trudny czy nie. Nawet na wiadukcie można przeprowadzić selekcję peletonu i nie trzeba gigantycznej góry o różnicy poziomu 30%, aby uciec innym.

Rok 2013 kończysz przede wszystkim jako drużynowy mistrz świata. Złoty medal wisi na honorowym miejscu?

- Nie chcę trzymać go tylko dla siebie. Wożę go na spotkania z dzieciakami, aby pokazać im, co można osiągnąć, kiedy się solidnie trenuje. Zawsze daje im go do rąk. Czasem nawet tracę go z oczu na kilka godzin, ale nie boję się, że ktoś mi go zakosi (śmiech).  

Gdy odbierałeś  złoto przeszło ci przez myśl, że właśnie osiągnąłeś coś naprawdę wielkiego?

- Sam nie dałbym rady. To była nagroda za dwa miesiące przygotowań i ogromnego stresu, który nam towarzyszył. Osiągnęliśmy coś dużego, ale dla mnie prawdziwym marzeniem jest założenie koszulki mistrza świata w jeździe na czas lub ze startu wspólnego lub medal olimpijski. Wtedy dopiero będę mógł powiedzieć: wow. Teraz to wow jest dużo mniejsze, bo tylko dowodzi temu, że grupa, w której jeżdżę czyli Omega Pharma-Quick Step, tworzy zgraną paczkę dobrych kolarzy.

To kiedy realizacja wspomnianych przez Ciebie celów?

- Zaczęła się bardzo dawno temu, ale kiedy będzie ich finalizacja, tego nie wie nikt. Na wszystko trzeba czasu. Zwłaszcza kolarstwo to sport dla cierpliwych. To nie tak jak w skokach narciarskich, że wystarczy raz się dobrze z progu i można zostać mistrzem.

Ułożyłeś już plan startów na 2014 rok?

- Nie jest jeszcze gotowy w stu procentach, ale będzie podobny do tegorocznego. Być może wystartuję nieco później, aby uniknąć pytań, czy w połowie sezonu nie jestem zbyt zmęczony. Mam nadzieję, że pojawię się też na trasie Tour de Pologne. Słyszałem, że start ma być w Trójmieście, więc już nie będzie wielkiego przedsięwzięcia logistycznego jak w minionej edycji, gdzie kilka etapów odbyło się we Włoszech.

Jak wyglądają przygotowania kolarza do sezonu?

- W skrócie to siłownia, basen i rower. 2-3 razy w tygodniu mam zajęcia na sali gimnastycznej i na pływalni. Od połowy listopada to już praktycznie nie schodzę z roweru, chyba że akurat wieje orkan Ksawery, wtedy trenuję pod dachem. Najważniejszy etap przygotowań będzie w Hiszpanii, więc na pogodę nie będę mógł narzekać.

Twój świat to nie tylko kolarstwo. Czym zajmuje się Michał Kwiatkowski po zejściu z roweru?

- Nie zbieram znaczków. Lubię aktywnie spędzać czas najlepiej w towarzystwie przyjaciół. Lubię sporty motorowe. Jeżdżę na quadzie lub w kartingu. Często też grywam w paintballa.

I jak ci idzie? Udaje się chować przed strzałami kolegów?

- Słaby jestem (śmiech). Mam sporo siniaków. Zastanawiam się, co mi powiedzą na zgrupowaniu. Wyglądam, jakbym się z kimś bił. Ostatnio nieźle oberwałem mam wielki ślad na bicepsie od kuli.

Rozmawiał Krzysztof Oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy