Reklama

Reklama

Maja Włoszczowska bez klapek na oczach

- Rozbierane sesje? Można zrobić fajne zdjęcia, tak naprawdę niczego nie pokazując. Nie trzeba emanować nagością, można zostawić pewną przestrzeń dla wyobraźni - przekonuje w rozmowie z Interią Maja Włoszczowska, wybitna polska kolarka górska.

Interia: Kobiecie w sporcie jest łatwiej osiągnąć sukces od mężczyzn?

Maja Włoszczowska: - Kobiet uprawiających sport jest mniej, więc o sukces jest łatwiej. Przynajmniej teoretycznie. Łatwiej być w pierwszej dwudziestce, ale wygrać jest tak samo trudno jak mężczyznom. Wszystko zależy też od dyscypliny.

Agnieszka Szott-Hejmej, jedna z najlepszych polskich koszykarek, powiedziała mi, że kobiety muszą poświęcić dużo więcej.

Reklama

- Bez dwóch zdań. Mężczyzna może mieć rodzinę. Bo stereotyp jest taki, że facet zarabia, a kobieta zajmuje się domem i dziećmi. Mężczyzna-sportowiec wpisuje się w ten obraz, a kobieta najczęściej jeździ za nim. W czymś mu pomaga, zajmuje się menedżerką czy czymś podobnym. Poza tym oczywiście rodzi dzieci i zajmuje się domem. Kobieta uprawiająca sport tak naprawdę w dużej mierze często musi poświęcić rodzinę. Bo ciężko odwrócić ten schemat, że to mężczyzna siedzi w domu, zajmuje się dziećmi i czeka na nią. Inna sprawa, że kobieta na założenie rodziny musi poczekać do zakończenia kariery. Chyba że chce spróbować robić to w trakcie, ale kontynuować karierę po urodzeniu dziecka jest, moim zdaniem, piekielnie ciężko. W kolarstwie górskim znany jest jeden przypadek kobiety, której się to udało. Przy czym, jej mąż jest jej trenerem i cały czas są razem, również w podróży.

Który schemat jest pani bliższy - dziecko po zakończeniu kariery czy jeszcze w jej trakcie?

- Do tej pory zakładałam, że urodzę dziecko po zakończeniu kariery. Gdy teraz małymi krokami zbliżam się do tego momentu zastanawiam się, czy rzeczywiście chcę zerwać z kolarstwem. Być może więc podejmę próbę powrotu. Sądzę, że to się nie zdarzy, ale nie mogę tego wykluczyć.

Jest tak, że kobiety najpierw chcą osiągnąć sukces, a dopiero później zastanawiają się nad założeniem rodziny?

- To nie jest kwestia ambicji, ale możliwości. Gdy chcesz być mistrzem świata, musisz być egoistą. W tej chwili wszystko jest podporządkowane moim występom - dieta, treningi, regeneracja, spotkania i mnóstwo innych spraw. Gdy masz dziecko, wszystko się zmienia. Liczba obowiązków jest tak duża, że nie wyobrażam sobie wykonywania tej samej pracy, którą robię w tej chwili. Sport wymusza na dziewczynach dzielenie życia. Najpierw kariera, potem rodzina.

Brak dziecka to pani świadomy wybór?

- Z jednej strony świadomy wybór, z drugiej brak instynktu macierzyńskiego. Wychodzę z założenia, że skoro mam jeszcze czas, to się nie spieszę.

Co będzie pani robić po zakończeniu kariery?

- Mam milion pomysłów. Mogę pracować w rodzinnej firmie, prowadzić inne działalności lub rzucić wszystko i wyruszyć w podróż dookoła świata.

Jak dzieliła pani zawodowe uprawianie sportu ze studiami?

- Nie wiem jak to zrobiłam! Było mega ciężko! Studiowałam dziennie matematykę na Politechnice Wrocławskiej, a ze 120 studentów, którzy rozpoczęli rok, skończyło nas tylko 30. Były to bardzo ciężkie studia, a przy nich uprawianie sportu było niezwykle trudne. Jeszcze na miejscu było w porządku, ale problemem były wyjazdy. Po każdym powrocie miałem duże zaległości, ale udawało się wszystko pogodzić. Miałam nieobecności, musiałam jednak być na kolokwiach i egzaminach.

Co było priorytetem?

- Na początku to studia były zdecydowanie ważniejsze, a rower był na drugim planie. Gdy jednak wciągnęłam się w kolarstwo, chciałam wygrywać. Od urodzenia jestem ambitna.

Rodzice panią wspierali, czy raczej odciągali od sportu?

- Mama często mówiła, bym skończyła ze sportem, założyła rodzinę, poszła na doktorat. Jednocześnie jest też moim największym kibicem. Z drugiej strony widzi, ile mnie to wszystko kosztuje. Musiałam poświęcić różne rzeczy, m.in. życie prywatne.

Uroda pomogła pani w sukcesie? Bo dzięki niej jest pani na pewno bardzo rozpoznawalna.

- Pomaga, bo sport to także sponsorzy i komercja. Czasami nawet zastanawiam się, czy nie powinnam o siebie bardziej dbać, bo wiele osób na mnie patrzy. Młodsze koleżanki wychodzą eleganckie na wyścig, mają wymalowane paznokcie.

Jaki jest pani stosunek do rozbieranych sesji?

- Nie neguję samych zdjęć. Problemem jest, że jesteś później kojarzony z rozbieraną sesją, a nie wynikami sportowymi. Tego bym nigdy nie chciała. Można zrobić fajne zdjęcia, tak naprawdę niczego nie pokazując. Nie trzeba emanować nagością, można zostawić pewną przestrzeń dla wyobraźni. Na pewno jednak takich zdjęć nie robią w popularnych pismach. Kwota? W tej chwili żadna mnie nie skusi, być może w przyszłości, gdy nie będę miała na chleb, będę zmuszona, ale teraz jest do tego daleko.

W pani dyscyplinie zdarzają się homoseksualistki?

- Tak, a znam większość dziewczyn, które się ścigają. W MTB fajne jest, że po sezonie możemy ze sobą poimprezować, mimo że w jego trakcie walczymy niemal na łokcie. Na 150 dziewczyn, które znam, wiem że trzy są homoseksualistkami. Większość z nas nie ma z tym problemu, akceptuje tę sytuację. Ja też.

Jak można pogodzić zawodowe uprawianie sportu z innymi ważnymi dziedzinami życia?

- Po 18 latach w sporcie doskonale zdaję sobie sprawę, ile kosztuje wyrzeczeń. Sport jednak dał mi niesłychaną motywację, że znów poszłabym tą samą ścieżką. Uwielbiam to i obracam się w środowisku, które jest mi potrzebne. Życie jest jednak na tyle długie i wierzę, że uda mi się ten czas nadrobić. Co straciłam? Tak naprawdę tylko imprezy studenckie. Ogólnie moja rada jest taka: walczyć o swoją samodzielność i niezależność, gdy jest się przekonanym do jakiejś ścieżki życiowej i zachowywać balans życiowy, czyli starać się łączyć życie prywatne ze sportem. By nie mieć klapek na oczach, a szeroko patrzeć na świat.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy