Reklama

Reklama

Janowicz senior: Możemy być z Jerzego naprawdę dumni

Jerzy Janowicz od ośmiu miesięcy znajduje się u progu czołowej dwudziestki rankingu ATP World Tour. Ojciec 22-letniego tenisisty z Łodzi, Jerzy Janowicz senior, ze spokojem oswaja się z nieuchronnymi zmianami i zamieszaniem wokół syna i całej rodziny.

Jak się zmieniło życie rodziny Janowiczów przez osiem miesięcy, od występu Jurka w finale turnieju ATP Masters 1000 w paryskiej hali Bercy?

Jerzy Janowicz senior: Przede wszystkim jest mniej spokoju, ale chyba nie mamy powodów do narzekania, bo sukces był naprawdę wielki. Cieszymy się z tego, choć na pewno spadło to na nas dość raptownie. Ale uczymy się tego wszystkiego powoli i chyba można powiedzieć, że całkiem dobrze nam to wychodzi.

Reklama

Czyli przetrwaliście zmasowany atak mediów i nagłe zainteresowanie każdym krokiem syna?

- Uczymy się jakoś sprostać potrzebom mediów, co na pewno nie jest łatwe. Staramy się zadbać, żeby dziennikarze mogli docierać jak najszerzej do Jerzyka, choć na pewno nie jest to w takim zakresie, jak by sobie tego życzyli, bo przecież Jurek gra w turniejach, trenuje, musi też mieć jakieś chwile na odpoczynek i regenerację.

Dało się w tym wszystkim nie zwariować i zachować względny spokój?

- Tak, podchodzimy do tego ze spokojem, starając się w miarę możliwości chronić syna przed całym zamieszaniem, ale i z dystansem. Wiadomo przecież, że zawodowy sport to tak naprawdę tylko chwila w życiu, nawet jeśli by Jurek grał świetnie i był sklasyfikowany w czołówce rankingu przez jakieś dziesięć lat.

Przy wzroście przekraczającym dwa metry, chyba sporo wysiłku trzeba włożyć w odpowiednie przygotowanie fizyczne, by uniknąć komplikacji zdrowotnych?

- Tak, chronimy go możliwie najlepiej przed kontuzjami. Wiadomo, ze nie mamy wpływu na jakieś infekcje i tym podobne rzeczy, ale staramy się nie dopuścić do urazów i poważniejszych kontuzji. Przy tym oprócz właściwych ćwiczeń, całego cyklu treningów i regeneracji, zatrudniamy już sztab ludzi. Choćby ostatnio na Roland Garros pojechaliśmy w sumie w sześć osób. Sportowo idzie to wszystko w dobrym kierunku, więc czekamy teraz na kolejny spektakularny wynik.

Trochę pieniędzy syn wygrał już na korcie, to chyba mocno ułatwia organizację startów w turniejach?

- Oczywiście tak, jest lepiej, ale wcale to tak do końca wszystko jest poukładane. Gdyby tak się dało, to przecież FC Barcelona czy Real Madryt nie szukaliby ciągle nowych sponsorów. Zresztą nasza obecna sytuacja, to nie jest jeszcze pułap, który oznaczałby całkowity brak zmartwień i komfort. Jest lepiej niż jeszcze nie tak dawno temu, bo możemy pozwolić sobie na większy profesjonalizm, ale wiadomo, że są to wciąż spore koszty. Tu z pomocą przyszli nam też sponsorzy, więc wszystko zmierza stopniowo w dobrym kierunku.

Podobno łatwiej jest awansować do czołówki rankingu, niż się tam utrzymać. Co należy zrobić, żeby tak się stało?

- Rozszerzamy razem z żoną sztab o ludzi mądrych i podejmujemy decyzje kolegialnie, szczególną dbałość przykładamy do budowania sensowych planów startowych. Zdecydowane mniej jest chaosu, który powodował brak pieniędzy i szukanie na siłę okazji do zdobywania punktów. Więcej jest w tym ładu organizacyjnego. Coraz lepiej układa nam się też współpraca z panią prezes Ewą Nadel z Miejskiego Klubu Tenisowego w Łodzi, gdzie mamy zapewnione warunki treningowe, a także z Polskim Związkiem Tenisowym.

Podpisany niedawno kontrakt z dużą agencją menedżerską Legardere Unlimited to chyba też dobry sygnał?

- Legardere przejął niedawno mniejszą agencję Best, z którą Jurek był związany od 17 roku życia, choć w pewnym momencie te drogi się rozeszły. Nie jest to więc nowa firma, lecz częściowo ci sami ludzie. Najważniejsze, że podpisaliśmy z nimi umowę bezpośrednio, bez niepotrzebnych pośredników.

Syn jest dość nieszablonowym zawodnikiem, żywiołowym, spontanicznym, co chyba sprawia jednak trochę problemów?

- Nie, dlaczego? Chciałbym, żeby każdy polski sportowiec miał taką charyzmę, w pozytywnym wydaniu, bo nie jest to krnąbrny dzieciak, jak czasem czytam w prasie. Wydaje mi się, że w tenisie trochę brakuje takich postaci, budzących emocje, zainteresowanie kibiców, dziennikarzy. Wychodzi na mecze z podniesioną, a nie spuszczoną głową. No i reprezentuje nas Polaków, więc myślę, że możemy być z niego naprawdę dumni.

Jest liderem reprezentacji Polski, która - jeśli pokona we wrześniu Australię - może awansować do Grupy Światowej...

- ... tu się nie zgodzę. Nie ma tam liderów, drużyna się scementowała i jest monolitem. Nie ma znaczenia kto wychodzi na kort, wszyscy zdobywają punkty i dają z siebie wszystko. Na ławce podczas meczów każdy jest za każdym, wszyscy się dopingują i to jest naprawdę fajne. Mamy drużynę i wierzę, że ona już za trzy miesiące wejdzie do światowej elity.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama