Radwańska: Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa
Agnieszka Radwańska w trzeciej rundzie zakończyła występ w wielkoszlemowym turnieju na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa. - To bolesne rozczarowanie, ale wierzę, że w tym roku nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa - uważa trzecia tenisistka świata.

Trzeci numer rozstawienia teoretycznie zobowiązuje do osiągnięcia półfinału. Jednak przegrała pani w trzeciej rundzie z Rosjanką Swietłaną Kuzniecową i to dość wyraźnie 1:6, 2:6...
Agnieszka Radwańska: - Kiedy jest się w czołówce rankingu, to odpadnięcie w pierwszym tygodniu w Wielkim Szlemie jest zawsze bolesnym rozczarowaniem. Ale takie wypadki przy pracy się czasem zdarzają. Tym bardziej, że nie mogę powiedzieć, żebym grała słabo, po prostu Swieta rozegrała niewiarygodny mecz, a ja nie wykorzystałam kilku szans. Jednak przede wszystkim popełniłam trochę za dużo prostych błędów na początku obydwu setów, no i niestety później za szybko wszystko uciekło.
- Kiedy rywalką jest tak mocna zawodniczka jak Kuzniecowa, to ciężko jest wrócić do gry, szczególnie jeśli się na początku straci gemy serwisowe. Swieta miała ostatnio lepsze miesiące i gorsze, a gorsze na pewno pod koniec ubiegłego roku i na początku tego. Jednak ostatnio znów zaczyna grać bardzo dobrze i to pokazała w meczu ze mną. Cóż, przegrałam i teraz będę się przygotowywać do startów na trawie w Eastbourne i Wimbledonie, a potem do igrzysk w Londynie.
Od sierpnia wygrała pani sześć turniejów WTA Tour, trzy w poprzednim sezonie i tyle samo w tym. Czego jeszcze można się po pani spodziewać w tym roku?
- Wierzę, że nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, ale w tenisie trudno cokolwiek zapowiadać czy planować, bo czasem się trafi na kogoś, kto ma swój dzień i gra lepiej ode mnie, jak tutaj Swieta.
Wygrane turnieje i najwyższa pozycja w karierze w rankingu WTA wzbudzają pewnie spore zainteresowanie dziennikarzy? Jakie pytanie najczęściej pani ostatnio słyszy od nich?
- O to co zmieniłam w treningach, że grałam w ostatnich miesiącach tak dobrze.
A nie o to, kto dokładnie jest trenerem i jak wygląda podział obowiązków między tatą Robertem i Tomaszem Wiktorowskim, kapitanem reprezentacji startującej w Fed Cup?
- A tak, to chyba nawet częściej, faktycznie.
A jaka jest odpowiedź?
- Taka sama, jak zwykle. Po prawie 18 latach trenowania i jeżdżenia na turnieje z tatą zdecydowaliśmy, że musimy trochę od siebie odpocząć i to ma dobry wpływ na nas obydwoje. Nadal tata mnie trenuje, kiedy jestem w Krakowie. Natomiast podczas turniejów towarzyszy mi Tomek Wiktorowski.
Ale w tym roku tata był w Miami i przez pierwsze cztery dni w Roland Garros...
- Tak, ale w innym charakterze, prywatnie. Zresztą do Paryża przyleciał z moim dziadkiem Władysławem, którego zaprosiłyśmy z Urszulą w ramach prezentu na 80. urodziny.
W mediach ciągle, niczym bumerang, wraca pytanie czy to nie dziwne, że trzecia tenisistka świata ma tymczasowego trenera?
- Ja tego nie rozumiem, ale widać dziennikarze nie mają nic ciekawszego do pisania, to ciągle zajmują się tym. Mam obecnie dwóch trenerów: tatę i Tomka, no właściwie trzech, bo jeszcze jest trener od przygotowania fizycznego. Koniec i kropka. Dla mnie nie ma tematu.
Ale z drugiej strony, ciągłe zainteresowanie pani osobą jest dowodem na to, że wyniki i awans w rankingu nie zostały niezauważone...
- Chyba niewielu jest polskich sportowców w światowej czołówce, w dyscyplinach bardzo medialnych, w dodatku które uprawia się przez cały rok. Ale może właśnie przez to, że o tenisie pisze się przez ponad dziesięć miesięcy w roku, to tak często pojawiają się w gazetach tematy zastępcze. Zresztą zdarzało mi się, że udzielałam jakimś redakcjom wywiadu, który nie ukazał się w całości. Za to przez tydzień czy dwa, codziennie, widzę pojedyncze swoje wypowiedzi obudowane tekstem. W ten sposób są tworzone tematy na siłę. Takie jest moje zdanie.
Wiele się o Agnieszce Radwańskiej pisze w prasie, ale plebiscytów na najlepszego sportowca w kraju pani nie wygrywa. Nie wydaje się pani, że jest bardziej doceniana za granicą, niż w Polsce?
- Szczerze mówiąc nie wierzę w plebiscyty czy konkursy. Uważam, że to jest grupka osób, która to organizuje i oni sobie to układają jak chcą. Nie wierzę w te głosowania, dlatego też nie biorę ich do siebie, ani się nimi nie przejmuję. Mogę być nawet dwudziesta w każdym plebiscycie, a ważniejsze jest dla mnie być pierwszą w rankingu WTA. Myślę, że między różnymi dyscyplinami trudno dokonać sensownego porównania. Kto jest lepszy? Na przykład medalista olimpijski, o którym później jest cicho przez większość roku, a czasem nawet przez cztery lata czy ktoś, kto występuje prawie co tydzień, przez dziesięć miesięcy w roku? Nie da się wszystkich wrzucić do jednego worka i łatwo oceniać.
W Paryżu rozmawiał Tomasz Dobiecki
Więcej na ten temat
Zobacz także
- Polecane
- Dziś w Interii
- Rekomendacje