Partner merytoryczny: Eleven Sports

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 0-3

Śląsk Wrocław wypunktował na wyjeździe bardzo słabo grającego Lecha aż 3-0. W Poznaniu można spodziewać się zamknięcia przynajmniej jednej trybuny - to efekt pokazów pirotechnicznych szalikowców, które dwukrotnie spowodowały przerwanie meczu.

Cristian Omar Diaz (3P) ze Śląska strzela bramkę nad Krzysztofem Kotorowskim (L) i Luisem Henriquezem (2P) i Kebba Ceesayem (P) z Lecha
Cristian Omar Diaz (3P) ze Śląska strzela bramkę nad Krzysztofem Kotorowskim (L) i Luisem Henriquezem (2P) i Kebba Ceesayem (P) z Lecha/Jakub Kaczmarczyk/PAP

Jeszcze w poprzednim sezonie stadion przy ul. Bułgarskiej był dla piłkarzy Lecha twierdzą - mało komu udawało się stąd wywieźć choćby jeden punkt. Obecnie jest inaczej - z sześciu ostatnich spotkań "Kolejorz" wygrał zaledwie jedno, z Piastem Gliwice. Śląsk też w ostatnim spotkaniu zawodził, ale w Poznaniu zagrał tak, jak chciał jego trener. Lech swoich warunków nie był w stanie narzucić.

Wrocławianie od początku meczu szukali okazji do wywalczenia rzutów wolnych w pobliżu pola karnego. Dośrodkowań Sebastiana Mili powinien bać się każdy zespół, na dodatek w Lechu nie było nieźle radzącego sobie na przedpolu Jasmina Buricia. Bośniacki bramkarz doznał w środę kontuzji i mecz obserwował z trybun. Zastąpił go doświadczony Krzysztof Kotorowski, dla którego był to pierwszy występ ligowy w całym sezonie. Ten golkiper z kolei słabo radzi sobie przy wyjściach do piąstkowania i w meczu ze Śląskiem było to bardzo widoczne. W 13. minucie to jednak środkowi pomocnicy Lecha popełnili błąd, bo pozwolili na 50-metrowy rajd Marcinowi Kowalczykowi. Ten przed polem karnym zagrał do Waldemara Soboty, który zwiódł Luisa Henriqueza i w bardzo dobrej sytuacji uderzył obok bramki.

Kolejny błąd - już autorstwa Kotorowskiego - zakończył się golem dla wrocławian. Mila tym razem krótko rozegrał rzut wolny, a Sobota dośrodkował piłkę w pole karne. Tam byli Henriquez, Diaz i Kotorowski. Bramkarz Lecha coś krzyknął, wyskoczył w przód i... został uprzedzony przez Argentyńczyka. Diaz się cieszył, pobiegł w  kierunku ławki rezerwowych, a Henriquez i Kebba Ceesay tylko bezradnie patrzyli na Kotorowskiego, który po chwili poszedł wyjąć piłkę z siatki.

Po zdobyciu gola Śląsk skupił się na rozbijaniu ataków Lecha. Poznaniacy byli bezradni - trudno było wskazać choć jednego zawodnika, potrafiącego cokolwiek wykreować. Gdyby nie strzał Ceesaya z 2. minuty, który odbił przed siebie Marian Kelemen, trudno by było znaleźć choć jedną groźną akcję. Może tylko tę z 27. minuty, gdy Bartosz Ślusarski nie zdołał oddać strzału i oddał piłkę Szymonowi Drewniakowi. Młody pomocnik właściwie podał futbolówkę słowackiemu bramkarzowi wrocławian. W tym okresie większość akcji Lecha rozbijali w środkowej strefie Rok Elsner i Przemysław Kaźmierczak, bardzo dobrze z Tonewem i Henriquezem radził też sobie duet Socha - Ćwielong.

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 0-3. Galeria

Zobacz galerię
+2

W przerwie trener Lecha dokonał dwóch zmian w ofensywie - na boisku pojawili się Bartosz Bereszyński i Mateusz Możdżeń. Coś w grze poznaniaków drgnęło, bo w 47. minucie w niezłej pozycji strzeleckiej znalazł się Gergo Lovrencics (uderzył jednak o dwa piętra za wysoko). Lech zaatakował, jego kibice zaczęli prezentować okazałe oprawy i nagle Śląsk zadał dwa ciosy, którymi znokautował Lecha. Strzały Waldemara Soboty (55. minuta) i Piotra Ćwielonga (57. minuta) były niezwykle precyzyjnie - wyciągnięty Kotorowski nie był nawet w stanie dotknąć piłki.

Lech w tym momencie był upokorzony i nic nie wskazywało na to, by mógł powtórzyć wyczyn Jagiellonii Białystok, która przed tygodniem we Wrocławiu ze stanu 0-3 doprowadziła do 3-3. Trudno bowiem wierzyć w cuda, gdy Mateusz Możdżeń (63. minuta) w sytuacji sam na sam kopie prosto w bramkarza, a zaraz po nim Ślusarski nie może wcelować w pustą bramkę.

Lech może i miał inicjatywę, ale to wrocławianie byli bliżej strzelenia kolejnej bramki. W 80. minucie strzał Ćwielonga obronił Kotorowski, a po chwili Kaźmierczak uderzył piłką w słupek. W Lechu dwukrotnie groźnie strzelał Murawski, ale bez powodzenia.

Końcówka meczu niewiele już miała wspólnego ze sportowymi emocjami. Sędzia Paweł Gil dwukrotnie musiał przerywać spotkanie, bo dym z rac rozpalonych przez sympatyków Lecha zakrył znaczną część boiska. Na dodatek Lech kończył spotkanie w dziesiątkę, bo poważnie wyglądającej kontuzji doznał stoper Marcin Kamiński. Przez znaczną część drugiej połowy Śląska nie prowadził za to Stanislav Levy - czeski szkoleniowiec źle się poczuł i musiał skorzystać z pomocy lekarskiej. Bardzo gorąca atmosfera na trybunach się we znaki piłkarzom - już w doliczonym czasie za przepychanki żółte kartki zobaczyli Możdżeń i Mila.

Po tym meczu Śląsk traci do wciąż drugiego Lecha trzy punkty.

Andrzej Grupa, Poznań

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 0-3 (0-1)

Bramki: 0-1 Cristian Omar Diaz (21-głową), 0-2 Waldemar Sobota (55.), 0-3 Piotr Ćwielong (56.)

Sędzia: Paweł Gil (Lublin). Widzów: 18794.

Żółta kartka - Lech Poznań: Ivan Djurdjevic, Mateusz Możdżeń. Śląsk Wrocław: Piotr Ćwielong, Sebastian Mila.

INTERIA.PL

Lubię to
Lubię to
0
Super
0
Hahaha
0
Szok
0
Smutny
0
Zły
0
Udostępnij
Masz sugestie, uwagi albo widzisz na stronie błąd?Napisz do nas
Dołącz do nas na:
instagram
  • Polecane
  • Dziś w Interii
  • Rekomendacje