Co z tym Brzęczkiem?
Tydzień temu pisałem w tym miejscu, że niewykluczone, iż Liga Narodów nie jest priorytetem ani dla PZPN, ani dla selekcjonera Jerzego Brzęczka. W niedzielę, w meczu z Włochami nasi reprezentanci i ich trener dostarczyli, aż nadto dowodów na potwierdzenie tej spekulacji. Oficjalnie wypowiedział to w ostatnim wywiadzie dla "GW" Zbigniew Boniek, tak opisując oczekiwania postawione przed Brzęczkiem: "Postawiłem cel: awans na Euro 2020. Osiągnęliśmy go. Lidze Narodów przypisuję mniejszą rangę, to takie mecze towarzyskie w wersji premium, ale dobrze, że się utrzymaliśmy, to istotne dla sponsorów, budżetu PZPN."

No to wszystko jasne. Graliśmy "towarzysko" z Włochami i Holandią, tylko naród o tym nie wiedział i niepotrzebnie zagryzał palce - pierwszy raz ze wstydu (Italia), a drugi z bezradności (Oranje). A przecież samopoczucie narodu, a przy okazji trenera i piłkarzy można było łatwo uratować.
Wystarczyło w wyjściowej jedenastce wypuścić na Włochy Piotra Zielińskiego, Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika i Przemysława Płachetę i poczekać na rozwój sytuacji. Wtedy, bez względu na końcowy wynik, nikt nie miałby o nic pretensji, bo od początku rzucilibyśmy na Włochów wszystko co mamy, na dzisiaj, najlepsze.
Niestety, Jerzy Brzęczek zmarnował w ciągu 45 minut cały swój, gromadzony z takim mozołem w październiku, pozytywny wizerunkowy dorobek. Nie wiedzieć dlaczego, właśnie we Włoszech selekcjoner uznał, że to jest najlepszy czas dla obarczenia odpowiedzialnością za, jednak poważny mecz, naszą zupełnie nieprzygotowaną do tej roli młodzież i Karola Linettego - mentalnie nadającego się do jakiejś innej niż futbol, spokojniejszej dyscypliny sportu.
I do dzisiaj nie chce mi się wierzyć, że inteligentny człowiek jest sam w stanie przygotować sobie tak spektakularne, publiczne samobójstwo. Przecież w historii polskiej piłki nasi selekcjonerzy, nie raz i nie dwa, od Kazimierza Górskiego, przez Jacka Gmocha i Antoniego Piechniczka po Adama Nawałkę, wprowadzali dwudziestolatków do pierwszego składu na ważne i bardzo ważne mecze. Ale nie w takiej, zabójczej dla jakości drużyny proporcji.
W meczu z Holendrami, odwrotnie. Prowadzimy 1-0 i zamiast dociągnąć ile się da do końca meczu wyjściowym składem, znowu zmiany. Nawet z tym wyjątkowo wolnym Grzegorzem Krychowiakiem, świetnie grającym, rekonwalescentem Piotrem Zielińskim i w miarę świeżym, bo nie grającym we Włoszech - Płachetą, no to znowu trenera świerzbi ręka. Zmiany i zaraz katastrofa. Po co? No ale cóż, stało się. Któż z nas się nie myli?
Martwi mnie jednak coś innego, bo mam sympatię dla Jerzego Brzęczka za odwagę i podjęcie się tego naprawdę niełatwego kawałka chleba. Martwi mnie to, że w komunikacji medialnej nasz selekcjoner przypomina duże, ciężkie zwierzę w bardzo ciasnym składzie z porcelaną. I choć uważam, że powszechne próby porównywania dwuletnich dokonań naszego selekcjonera do efektów pracy Roberto Manciniego z reprezentacją Italii to zdecydowane nadużycie, to sam Brzęczek robi wiele, żeby media i naród go nie lubiły.
Np. kiedy słyszę, że na pytanie zadane trenerowi przez Bożydara Iwanowa po meczu z Włochami - "Gdyby cofnąć czas, to czy na mecz z Italią wysłałby Pan tę samą jedenastkę.", Brzęczek odpowiada: "Tak", to już naprawdę niczego nie rozumiem. Po co selekcjoner idzie w zaparte? Przecież to dopiero rozpędza tajfun nad jego - i tak obitą ze wszystkich stron - głową. Ludzie w Polsce, nie tylko kibice, mają już serdecznie dość rozbieżności pomiędzy tym co widzą na własne oczy a tym, co słyszą z ust polityków, duchownych, dziennikarzy, no i piłkarskich trenerów też. Stąd zadymy na ulicach.
Marian Kmita, Polsat Sport
Więcej na ten temat
Zobacz także
- Polecane
- Dziś w Interii
- Rekomendacje