Reklama

Reklama

Boks. Mike Tyson przypomniał, że w jego sztabie szkoleniowym był trener polskiego pochodzenia

Czy nie byłoby jednego z najznakomitszych pięściarzy w historii Mike Tysona, gdyby nie trener polskiego pochodzenia? Upieranie się przy takiej tezie byłoby naiwne, ale wcale nie można wykluczyć, że chłopak z niebezpiecznej Brownsville - jak wielu innych niesfornych chłopców z owianej złą sławą dzielnicy, nigdy nie wypłynąłby na szerokie wody w boksie zawodowym.

Kariera Tysona i cały życiorys "Żelaznego Mike’a" są jedną z najbardziej frapujących historii w dziejach boksu. Wychowywany przez ulicę dzieciak, którego matka była prostytutką, a ojciec domniemanym alfonsem, mógł skończyć najgorzej jak można, jako degenerat lub ofiara gangsterskich porachunków.

Reklama

Gdy wszedł na bokserski szczyt, zostając w wieku 20 lat, 4 miesięcy i 22 dni najmłodszym mistrzem świata wszechwag w historii, stał się absolutnie globalną gwiazdą. Miał wokół siebie wiele "pijawek", ale i tak zarabiał niewyobrażalne pieniądze, liczone w setkach milionów dolarów. Gdyby miał głowę na karku, a przede wszystkim dobrych ludzi dookoła, dziś byłby miliarderem. Ale czy byłby szczęśliwy?

Burzliwe losy "najniebezpieczniejszego człowieka na ziemi", jak nazywano go w okresie, gdy był postrachem całej wagi ciężkiej i nie było widać śmiałka, który strąciłby go z mistrzowskiego tronu, doprowadziły go do upadku: jako sportowca i człowieka. W końcu stał się bankrutem.

Choć trudno to zrozumieć, to wydaje się, że dopiero roztrwonienie niewyobrażalnego majątku i przewartościowanie całego swojego życia na materialnych zgliszczach, uwolniło jego bogactwo, przez wszystkie lata skrzętnie schowane za demonicznym wizerunkiem.

52-latek podczas wizyty w Polsce z wielką wdzięcznością wspominał swojego pierwszego trenera, od dawna nieżyjącego już Casa D’Amato. Ten wybitny szkoleniowiec dał chłopcu z kryminalną kartoteką dach nad głową, traktował go jak syna i nauczył ofensywnego stylu, który do pary z krępą budową ciała Tysona i niszczycielką psychiką, stworzył giganta boksu.

Frapujący jest jednak wątek, jak doszło do poznania Tysona z D’Amato? Kto protegował młodego chłopaka temu uznanemu trenerowi? Tu, co dla wielu może być wielkim zaskoczeniem, dochodzimy do mającego polskie korzenie Matta Baranskiego, który najpierw sam boksował, a później został trenerem. O ten fakt swojego gościa zapytał red. Andrzej Kostyra z "Super Expressu", a oczy Tysona aż się zaświeciły.

- Wow, znasz Matta Baranskiego? To świetny facet. Walka to był jego żywioł, chciał tylko walczyć. Zanim zajął się boksem, był listonoszem, ale zawsze marzył o pięściarstwie i kiedy miał 30 lat zaczął spełniać marzenia i z boksem już się nie rozstał. Mnie trenował, gdy miał chyba 60 lat. Jego podopiecznym był Bobby Stewart, który pracował w poprawczaku, do którego jako dzieciak trafiłem i został moim trenerem. Później Stewart przyprowadził mnie do Baranskiego, a następnie Matt zaprowadził mnie do Cusa D’Amato. Bardzo kocham Matta i za nim tęsknię. Świetnie nam się razem żyło - przypomniał tę mało znaną historię sam Tyson.

AG

Dowiedz się więcej na temat: Mike Tyson | Matt Baranski | Cus D'Amato

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje