Reklama

Reklama

Ekstraklasa koszykarzy. David Dedek: Polska to mój drugi dom

Prowadzący obecnie Start Lublin David Dedek jest najdłużej pracującym zagranicznym szkoleniowcem koszykówki w Polsce. W styczniu minie 17 lat, od kiedy tu przyjechał. - Nie zakładałem, że zostanę tak długo i że będzie to mój drugi dom - powiedział Słoweniec.

W styczniu 2003 przyjechał pan do Włocławka, na prośbę Andreja Urlepa, by pomóc rodakowi w prowadzeniu Anwilu. Po niespełna pół roku cieszyliście się z drużyną z pierwszego tytułu mistrza kraju w historii klubu. Jak pan wspomina Polskę sprzed 17 lat?

Reklama

David Dedek (trener Startu Lublin): Polska zmieniła się w tym czasie bardzo, wykonała ogromny krok do przodu i nie mówię o gospodarce, polityce, czyli dziedzinach, na których się nie znam, ale o codzienności. Chodzi mi o drogi, infrastrukturę, podejście ludzi do życia i jego standard. W 2003 roku zwykły człowiek martwił się, jak związać koniec z końcem, a teraz coraz więcej osób ma +problem+, gdzie wyjechać na wakacje. Co było dla mnie największym zaskoczeniem? Oprócz pogody, bardzo dziwne było to, że ludzie rowerów używali głównie jako środek transportu. Mało biegali, rzadko uprawiali inne sporty, co w Słowenii było naturalne. Teraz to się zmieniło. Słowenia też się zmieniła przez te lata, ale startowała z innego poziomu. W mojej ojczyźnie nastąpiła ewolucja, a tutaj rewolucja, ogromny przeskok. Większe miasta w Polsce wyglądają jak metropolie europejskie, ale i te mniejsze zmieniają się, co widać choćby po markach samochodów na ulicach.

A jak pan wspomina pierwszy sezon pracy we Włocławku, polską ligę?

- Dla mnie wszystko było nowe, a czasu na odnalezienie się w nowych warunkach bardzo mało. Na szczęście w Anwilu było wiele osób, które pomogły mi się zaadaptować. Liga była bardzo wymagająca. Dużo dobrych zawodników. I trenerów także.

A co jeszcze zaskoczyło pana w tym 2003 roku?

- Nie byłem przyzwyczajony do pogody, do jesiennej szarugi. W Polsce często jest mżawka, to było coś nowego. W Słowenii nie ma tego - albo pada, albo nie. Musiałem zmienić gusta kulinarne, bo wbrew temu, co niektórzy myślą, kuchnie obydwu narodów słowiańskich nie są podobne, choć schabowego w ojczyźnie też zjem.

Czy polubił pan polską kuchnię? Ma ulubioną potrawę?

- Trudne pytanie. Myślę, że takim nieznanym daniem, które teraz bardzo lubię są pierogi, choć w Słowenii mamy coś podobnego, ale nie jest to oczywiście to samo. Najfajniejsze jest to, że w Polsce pierogi mają różnorodne smaki. Lubię na Wigilię te z kapustą i grzybami, ale poza świętami także ruskie. Na pewno plusem są zupy, bo macie ich dużo i o różnych smakach, znacznie więcej niż w Słowenii. Najbardziej lubię kapuśniak. Dodam, że na początku pobytu niektóre nazwy polskich potraw wydawały mi się dziwne.

Dlaczego?

- Kiedy na początku pytałem znajomych, jakie są typowe polskie danie to mówili: ruskie pierogi, fasolka po bretońsku, barszcz ukraiński... Pytałem zatem dalej, czy jest coś typowo polskiego, bo te nazwy nawiązują do innych regionów Europy.

Pracował pan m.in. przez sześć sezonów jako drugi trener Prokomu Trefla występującego w Eurolidze, a następnie jako pierwszy przez dwa lata w Asseco Gdynia. Jak zmieniła się na przestrzeni lat koszykówka?

- Tak samo bardzo jak Polska. I nie dotyczy to tylko krajowych rozgrywek. Gra bardzo przyspieszyła, jest dynamiczniejsza, bardziej fizyczna. W Polsce powstało na pewno więcej koszykarskich ośrodków, jest więcej drużyn, które mogą namieszać w czołówce i sprawić niespodziankę w walce z potentatami. Jak ktoś narzeka i mówi, że koszykówka była lepsza 20 lat temu, bo był wielki Śląsk Wrocław czy potem Prokom Trefl, to ja odpowiadam: +owszem były super zespoły, lecz liga jako całość była słabsza+. Uważam, że tamte drużyny nie miałyby szans w rywalizacji z obecnymi, choćby z uwagi na dynamikę gry. Chciałbym dodać, że jestem bardzo wdzięczny za wszystkie lata spędzone w Polsce i dziękuję wszystkim osobom, z którymi miałem okazję współpracować.

Jedną z takich drużyn - rewelacji obecnych rozgrywek - jest Start. Pracuje pan w Lublinie od końca 2016 roku i z sezonu na sezon zespół wygląda lepiej. Obecnie ma bilans 10-3 i niedawno zanotował serię siedmiu zwycięstw. W ostatnim meczu przed świętami minimalnie uległ w Toruniu liderowi tabeli Polskiemu Cukrowi. Na co stać pana koszykarzy?

- O cele trzeba pytać prezesa klubu, ja myślę tylko o zwycięstwie w najbliższym meczu i staram się przekazać zawodnikom, żeby nie wybiegali za daleko w przyszłość. Każdy kolejny mecz traktuję jak ten najważniejszy i jedyny. Największą siłą Startu jest zespół, ale rozumiem to szerzej niż tylko koszykarze plus trenerzy. Zespołowość to władze klubu, sponsorzy i w końcu nasi kibice, którzy naprawdę mocno nas wspierają. To jest bardzo ważne. Wszyscy pchamy wózek w jedną stronę. A gdzie dopchamy, zobaczymy. Chcę, by klub i każdy koszykarz zrobił w tym sezonie krok do przodu. Liga jako całość jest mocniejsza, ale trudniej niż na początku tego wieku zbudować skład. Jest większa konkurencja w walce o wartościowych zawodników. Kiedyś pod względem możliwości finansowych Polska wyprzedzała Węgry czy Rumunię, a teraz tam budżety klubów potrafią być wyższe, nie mówiąc o Niemczech czy Francji.

Myślał pan kiedyś, że zostanie w Polsce tak długo i tak dobrze zaadaptuje się do tutejszych warunków?

- Nie, nie zakładałem takiej sytuacji, tym bardziej że praca trenera jest specyficzna, zmienna. Tak się jednak potoczyło życie. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale dobrze czuję się w Polsce. Tu urodziły się moje dzieci, właśnie ze względu na nie podejmowałbym te same decyzje, gdybym mógł się cofnąć w czasie. Polska to mój drugi dom.

Mówi pan bardzo dobrze po polsku i ma bogate słownictwo. Uczył się pan języka na prywatnych lekcjach?

- Dziękuję. Uczyłem się tylko poprzez rozmowy. Gdy już zacząłem lepiej rozumieć, to wziąłem się za czytanie, najczęściej gazet. Początki wcale nie były jednak łatwe... Przez kilka pierwszych miesięcy we Włocławku uczyłem się polskiego - tak mi się wydawało - od Igora Griszczuka, innego asystenta Andreja Urlepa. Jestem mu za to wdzięczny, ale okazało się, że to nie był do końca poprawny język polski. I po blisko pół roku trzeba było zaczynać naukę od nowa. Ponieważ ludzie są w Polsce generalnie życzliwi, zawsze dostawałem językowe wskazówki, pomoc, bo widziano, że chcę się uczyć. To bardzo pomaga i dopinguje.

Co sprawiało panu największą trudność językową?

- Nauczenie się wymawiania kombinacji cz, sz, rz, po spółgłoskach, np. takie słowo jak wewnętrzny. Kurczę, tam są litery t, r, z, n i dlaczego to ma być wymawiane w ten sposób? No i jeszcze to ""+. W Słowenii nie mamy takiej litery, więc nie wiedziałem czy wymawiać jako "i" czy "e". Poza tym największą trudnością było zrozumienie tekstów piosenek w radio. Słyszysz tylko głos, a nie widzisz mimiki... Niewerbalna komunikacja często stanowi większość przekazu.

Język słoweński, choć z grupy słowiańskich, wydaje się Polakom trudniejszy niż inne bałkańskie, np. chorwacki, serbski...

- Cóż, Słowenia ma 46 dialektów, w tym siedem głównych, a jest wielkości polskiego... województwa. To jedna rzecz. Druga - mamy ogromne różnice między językiem pisanym, używanym w mediach, a potocznym, który słyszy się na ulicy. Sam nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jest to znaczące, dopóki nie zacząłem uczyć polskich znajomych słoweńskiego.

Czego w takim razie brakuje panu w Polsce najbardziej?

- Porządnej, domowej kiełbasy wieprzowej z regionu Kras, na południe od Lublany, z którego pochodzi moja rodzina. Wędzi się ją przez kilka dni, a potem suszy tygodniami. Nieco przypomina szynkę parmeńską, ale tak naprawdę tego smaku, aromatu, nie da się z niczym porównać.

Rozmawiała: Olga Miriam Przybyłowicz


Dowiedz się więcej na temat: David Dedek | Start Lublin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama