Reklama

Reklama

Bokser – krótka historia Marcina Cybulskiego

To się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku. Była piąta, może szósta rano. Pędzący prawym pasem samochód nagle przeciął jezdnię i z pełną mocą uderzył w drzewo. – Zasnąłem za kierownicą. Drzewo było konkretne, a ja żadnego hamowania, nic. Ogólnie było niewesoło – wspomina kierowca. Miał szczęście. Przeżył.

- Chyba los się do pana uśmiechnął - nawiązuję do wypadku, który mógł przedwcześnie zakończyć życie 25-letniego wówczas Marcina Cybulskiego.

- Można tak powiedzieć.

O tamtym dniu opowiada chętnie, chociaż wiele szczegółów zdążył już zapomnieć.

- To się stało trzy godziny przed wypadkiem prezydenta Kaczyńskiego. Wracałem do domu samochodem. Zasnąłem za kierownicą, zjechałem na przeciwny pas drogi i uderzyłem w drzewo. Takie konkretne, a ja żadnego hamowania, nic. Ogólnie niewesoło było. Nogę miałem złamaną, żebro, operację na organach wewnętrznych miałem, bo pękło jelito i otrzewna. Sam już nie pamiętam tego wszystkiego.

Reklama

Rekonwalescencja trwała rok. Najgorsze były problemy neurologiczne. Ciągnęły się przez kilka miesięcy i nie pozwalały normalnie żyć i pracować.

Bokser indywidualista

Kiedyś był niezłym amatorem. Boksował przez trzy lata w Starcie i Kontrze Elbląg. Z boksu amatorskiego nie ma pieniędzy. Musiał zarabiać, utrzymać rodzinę. Przerzucił się na kulturystykę. Trenował przez kilka lat, myślał nawet o startach w zawodach.

- Gdyby nie ten wypadek, na pewno nie wróciłbym do boksu. Raz próbowałem, ale nie wyszło. Chciałem coś osiągnąć, spełnić marzenie i zostać zawodowcem. Lubię się bić, boks to dla mnie najlepszy sport. Chciałem się sprawdzić, bo wie pan co? Ja jestem indywidualistą. Lubię wszystko robić sam, a w ringu jest się samemu, nikt nie pomoże.

Wymarzony debiut przyszedł w maju 2011 roku. W Tczewie stoczył zacięty pojedynek z Patrykiem Litkiewiczem. Przegrał, ale zyskał sympatię kibiców i promotora Krystiana Cieśnika z Tymex Thunder Promotions (wtedy CK Promotion).

Dwa lata później doszło do rewanżu. Znów górą był "Lita", chociaż Marcin Cybulski nie może pogodzić się z werdyktem.

- Wygrał, bo walczył u siebie, nic więcej. Jego ciosy nie robiły na mnie wrażenia. Czy chcę trzeciej walki? Oczywiście! Może w przyszłości do niej dojdzie? Na razie promotor chce nas prowadzić osobno.

Werdykt zmieniony 45 minut po walce

15 kwietnia, dwa dni po ostatniej zawodowej walce Marcina Cybulskiego. Rozmawiam z Krystianem Cieśnikiem:

- To była najlepsza walka, jaką widziałem na żywo, a trochę się już przy ringu w życiu nastałem.

- Mówisz tak, bo jesteś jego promotorem?

- A powiedziałem ci tak kiedyś po walce innego mojego zawodnika?

- No nie.

- Sam widzisz.

To była bitwa. Przez 12 rund w ringu berlińskiej IFCO Arena Marcin Cybulski i Ronny Gabel okładali się w półdystansie. Faworytem był gospodarz, ale twardy, nieustępliwy Polak zrobił lepsze wrażenie na sędziach. Przed ogłoszeniem werdyktu spiker budował napięcie: "Zwycięża stosunkiem dwa do jednego..." - zawiesił teatralnie głos.

- Spuściłem głowę, myślałem, że przegrałem. Nagle podnoszą mi rękę. W szoku byłem! W Niemczech dali mi wygraną - nie dowierzał Marcin Cybulski. Radość trwała krótko. Dokładnie 45 minut. - Zmiana decyzji. Zremisowałem. Sam nie wiem czemu. Może ktoś sędziego przekupił? Tłumaczenie było takie, że sędzia się pomylił w liczeniu.

- Kart sędziowskich pan nie oglądał?

- Wie pan, kartę to pan może w każdej chwili napisać nową i podmienić. To nie jest problem. Chyba że jest lepsza federacja, taka z czołówki, to siedzi supervisor i kontroluje wszystko, na ręce sędziom patrzy. A tak to różne cyrki dzieją się na bokserskich galach, nawet jak telewizja jest, to potrafią przekręcić w Niemczech czy gdzieś... U nas tak samo przekręcają zawodników. W końcu mówią, że boks jest subiektywny w ocenie. Coś w tym jest (śmiech)...

Walka tak spodobała się kibicom, że wkrótce ma dojść do dobrze płatnego rewanżu.

- Lubię boksować dla publiczności, lubię stwarzać show. W Niemczech było pięknie. Normalnie piękna walka. Wręcz chodziłem w ringu uśmiechnięty. Publiczność cały czas nas oklaskiwała.

"Co jest?!" Nagle skrócono walkę

W czerwcu 2012 roku walczył w Lipsku z Chrisem Herrmannem. Tego pojedynku nie zapomni do końca życia. Nie z powodów sportowych.

- Kontraktu żadnego nie podpisywaliśmy, ale dogadaliśmy się przed walką na sześć rund. Pamiętam dobrze jak spiker ogłaszał, że będzie sześć rund, schodzę po trzeciej i dowiaduję się, że teraz będzie ostatnia. Mówię: "Co jest"?! A spiker powtarza swoje: ostatnia runda! W szoku byłem, ale mój przeciwnik by dłużej nie wytrzymał. Ledwo te cztery rundy ustał. Szczękę wypluwał, dość miał. Nie znokautowałem go, ale złamałem go psychicznie ciągle atakując. No a sędziowie dali remis. Jeszcze mi w czwartej rundzie punkt odjęli za to, że mi pękł łuk brwiowy, a przecież to było nie z mojej winy.

Do ringu w Lipsku prosto z urlopu

O sobie mówi wprost, że jest pseudozawodowcem. Chciałby żyć tak, jak przeciętny pięściarz zawodowy i móc w spokoju przygotowywać się do kolejnych walk.

- Ciągle muszę pracować za granicą, żeby jakoś utrzymać się na powierzchni, żeby zarabiać jakieś godne pieniądze. Zarabiam na życie jako spawacz, monter dużych konstrukcji. Pracuję w Holandii. W Polsce ciężko dobrze zarobić będąc zwykłym robolem.

W Holandii jest od marca ubiegłego roku. Średnio co sześć tygodni przyjeżdża do rodziny, do Elbląga, na 2-3 tygodniowy urlop. Tylko wtedy ma czas, żeby poważniej potraktować boks i zbudować formę przed kolejną walką.

- Robię wtedy taki miniobóz, trenuję po dwa razy dziennie. Wiadomo, że wcześniej w Holandii coś ćwiczę, żeby na urlopie w Polsce już "z kopyta" wystartować. Za granicą siłówkę robię: dużo pompek, biegania. Nic więcej. Praktycznie zero boksu. Przed walką z Chrisem Herrmannem przygotowywałem się dwa tygodnie. Na zawodnika, który może wirtuozem nie jest, ale jakiś tam poziom reprezentuje... Nie zdominowałem go umiejętnościami, ale charakterem.

- Czasem coś w weekendy mocniej trenuję, ale ciężko jest. W Holandii mam teraz dwie zmiany. Jak idę na 16, to wracam do domu o 2 w nocy. Zjem coś, wykąpię się i jest 4 rano. Pośpię parę godzin i jestem jak dętka...

Najgorsze w życiu na walizkach dla sportowca jest roztrenowanie. Nie ma stałego treningu, stałej formy. To przeszkadza.

- Wiadomo, tęskni się też za rodziną, chciałoby się być z żoną i dzieckiem w domu. Jakiś tam kontakt jest: są telefony, internet.

Dzisiaj pracuję, jutro mam nie przychodzić

W Holandii wciąż jest zapotrzebowanie na pracowników z Polski, ale stawki już nie rzucają na kolana.

- Zarobki już nie takie dobre jak kiedyś. Spadły, spadły - kręci głową Marcin Cybulski. - No i ten pieniądz nie ma już takiej wartości. W Polsce wszystko strasznie podrożało. Kiedyś się zjeżdżało po paru tygodniach i przywoziło 5-6 tysięcy złotych, i jak się żyło! A teraz? Co się przywiezie, to zaraz nie ma. Rozmywa się, nie wiadomo kiedy i gdzie...

Chcąc utrzymać rodzinę, przyjmuje bez zastanowienia oferty pracy z Holandii i kolejne walki.

- Praca jest, jak tylko trafi się oferta, to wyjeżdżam, ale jestem pracownikiem tymczasowym. Jak nazwa wskazuje: dzisiaj pracuję, a na koniec dnia mówią, że jutro mam nie przychodzić. Jak nie mam nigdzie indziej czegoś nagranego, to się pakuję i do domu jadę.

Spokojne, bezstresowe życie

Kiedy rozmawialiśmy na potrzeby tego artykułu, Marcin Cybulski był w Holandii. Do Polski wraca w pierwszej połowie czerwca. Od razu rozpocznie kolejny miniobóz przygotowawczy. Wkrótce czekać go będzie rewanż z Ronnym Gabelem.

- Już pieniądze będą z tego lepsze. Będzie się można za nie dłużej utrzymać na powierzchni. Myślę, że od tej walki będę mógł w miarę się z boksu utrzymać. To nie są jakieś kokosy, ale na skromne życie wystarczy. Może nie będę musiał wracać do Holandii? Zobaczymy, czy będą propozycje walk. Lubię walczyć ofensywnie. Ciągły atak, to się ludziom podoba. 

- Łączy pan przyszłość z boksem?

- Nie, raczej nie. Nie liczę na większe sukcesy, a bez sukcesów nie ma pieniędzy, a za coś trzeba żyć. Ale może kiedyś zostanę trenerem... 

- A marzenia? Jakie marzenia ma Marcin Cybulski?

- Jest ich wiele. Przede wszystkim chciałbym mieć swój dom, pracę, którą lubię i spokojne, bezstresowe życie.

Autor: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama