Reklama

Reklama

MŚ w Obertsdorfie. Zmartwychwstanie sportowców drugiej kategorii

23 lata bez medalu w mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym i trzy dekady na igrzyskach - zapaść w polskich sportach zimowych jest już odległą przeszłością. Wyrwą w medalowej hossie były mistrzostwa świata w Oberstdorfie w 2005 roku. Polscy sportowcy wrócili właśnie w to samo miejsce, by wziąć rewanż.

"Był starszy o kilka sukcesów i dawał nam wiarę w siebie. Kiedy siadałam obok niego przy śniadaniu, uświadamiałam sobie, że sportowiec z Polski może rywalizować z herosami z Norwegii, Austrii, czy Niemiec" -  słowa te Justyna Kowalczyk wypowiedziała po igrzyskach w Soczi. Była już megagwiazdą polskiego sportu, dwukrotną mistrzynią igrzysk.

Małysz ty nad poziomy wylatuj

Reklama

Mówiła oczywiście o Adamie Małyszu, który przełamał barierę niemocy sportów zimowych. Po 23 latach od medali biegacza Józefa Łuszczka na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w Lahti (1978 rok), w tym samym miejscu "Orzeł z Wisły" sięgnął po złoto i srebro na skoczni.

Na igrzyskach czekaliśmy jeszcze dłużej. Od złota Wojciecha Fortuny w Sapporo w 1972 roku, do brązu Małysza w Salt Lake City w 2002. Najcenniejszy był jednak fakt, że nie skończyło się na jednorazowym wyskoku. Od niemal dwóch dekad polscy sportowcy zimowi przywożą medale z każdych igrzysk: z Salt Lake City, Turynu, Vancouver, Soczi i Pjongczangu. Nie tylko w skokach, biegach i łyżwiarstwie szybkim, ale także w biatlonie (Tomasz Sikora, Turyn 2006).

Apogeum była rosyjska olimpiada w 2014 roku. Zaczął od złota na skoczni Kamil Stoch, za nim poszła Kowalczyk i łyżwiarze szybcy z fenomenalnym Zbigniewem Bródką - mistrzem w wyścigu na 1500 m. Po raz pierwszy w historii sportowcy zimowi przyćmili letnich - zdobyli sześć medali w tym aż cztery złote. Małysz wspominał czasy, gdy specjaliści konkurencji zimowych, traktowani byli w Polsce jak sportowcy drugiej kategorii. - Kiedy jechaliśmy na igrzyska, dostawaliśmy od PKOl to, co zostało po sportowcach dyscyplin letnich - mówił.

W mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym polscy narciarze potwierdzali klasę. Królem zimy był Małysz: w Lahti w 2001, w Val di Fiemme dwa lata później i Sapporo w 2007 roku.

Wyrwa bez polskiego medalu w MŚ wypadła w Oberstdorfie w 2005 roku. Ale nawet wtedy nie było powodu do załamywania rąk - 22-letnia Kowalczyk zajęła czwarte miejsce w biegu na 30 km. To był najlepszy wynik polskiej biegaczki w mistrzostwach świata. Małysz był szósty na normalnej skoczni i jedenasty na dużej. W tym drugim konkursie Stoch nie awansował do serii finałowej. Drużyna skakała słabo (6. miejsce na skoczni normalnej i 9. na dużej), ale to była inwestycja w przyszłość, która miała się okazać strzałem w dziesiątkę.

W 2007 roku w Sapporo Małysz został najbardziej utytułowanym skoczkiem w historii mistrzostw świata. Zdobył złoto na skoczni normalnej - czwarte w karierze. W Libercu dwa lata później nadszedł czas Kowalczyk. Polka wzięła aż trzy medale, w tym dwa złote. W Oslo w 2011 roku polscy sportowcy zimowi ustanowili swój rekord. Przywieźli z nich cztery krążki: trzy Justyna i jeden Adam, który żegnał się wtedy ze sportem.

Stoch wkracza do akcji

W Val di Fiemme dwa lata później nastąpiła eksplozja Stocha, który przełamywał własną barierę niemocy. Płakał z wściekłości po porażce na skoczni normalnej, na dużej nie miał sobie równych. - Trzeba sto razy przegrać, żeby raz wygrać - powiedział wtedy cytując swojego ojca - psychologa, który przypominał mu, że sukces to nie jest kwestia szczęścia, ale pokory i pracy.

Medal drużyny skoczków był kolejnym przełomem. Zdobyty w dramatycznych okolicznościach, gdy sędziowie naprawili swoją pomyłkę, Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki razem ze Stochem poznali smak podium mistrzostw świata. Kowalczyk zdobyła srebro w biegu na 30 km.

W Falun w 2015 roku polscy skoczkowie byli w przeciętnej formie. Kowalczyk także docierała do kresu wielkiej kariery. Mimo wszystko znów stanęła na podium w sprincie drużynowym z Sylwią Jaśkowiec. Drużyna skoczków wzięła brąz w eksperymentalnym składzie: Stoch, Żyła, Klemens Murańka, Jan Ziobro. Tego ostatniego trener Łukasz Kruczek nazywał "skoczkiem, który potrafi wyskoczyć z portek". Jedynym zawiedzionym w drużynie był lider Stoch, który w ostatnim skoku zaprzepaścił szansę na srebro.

Lahti w 2017 roku okazało się królestwem Żyły. Po zdobyciu brązowego medalu na dużej skoczni, zaliczył wielki odlot, tracąc kontakt z rzeczywistością. Opowiadał potem, że nie wiedział gdzie jest, ani co się stało. Emocje były tak ogromne. Notoryczny przegrany wreszcie odniósł sukces na miarę ogromnego talentu.

Drużyna poszła po złoto jak po swoje. Żyła, Kubacki, Kot i Stoch zdobyli 25,7 pkt przewagi nad Norwegią. Skakali jak natchnieni: i w pierwszej serii rozgrywanej w stabilnych warunkach i w drugiej torpedowanej przez wiatr, kiedy Johanna Andre Forfanga poniosło na 138. metr - do dziś to rekord skoczni Salpausselka.

Kiedy po pracy wracałem do hotelu, natknąłem się na polską ekipę, która wychodziła akurat z restauracji. Już po kolacji i szampanie - było co świętować. Do Małysza zbliżył się Fin w stroju Wikinga, który wypił tego wieczoru dwa razy tyle, ile wszyscy w polskiej kadrze razem wzięci. - Ty jesteś królem - krzyczał po angielsku podnosząc rękę Adama. - Ty jesteś królem polskich nart, od ciebie wszystko się zaczęło.

Zaczęło, ale na szczęście nie skończyło.

Dramatu, który wydarzył się w Seefeld dwa lata temu, nie da się porównać z niczym. Kowalczyk pojechała tam jako trenerka młodych obiecujących biegaczek, Małysz jako dyrektor PZN. Szanse medalowe skoczków przepadły na Bergisel - ulubionej skoczni Stocha. W konkursie indywidualnym i drużynowym nie było podium. Zawiedziony Małysz nie wytrzymał i publicznie ogłosił, że wahając się co do swojej przyszłości, trener Stefan Horngacher szkodzi skoczkom.

Konkurs na skoczni normalnej 1 marca 2019 roku był ostatnią deską ratunku dla Polaków. Tymczasem pierwsza seria, rozegrana w skrajnie loteryjnych warunkach, zakończyła się totalną klapą. Kubacki był 27. Stoch 18. Drugie skoki miały jednak przewrócić klasyfikację do góry nogami. - To rekord świata - wykrzyczał spiker po zwycięstwie Kubackiego. Nie było tak zwariowanego konkursu w całej historii. Dawid przypomniał sobie zawody Pucharu Kontynentalnego w Otepaa, w których Grzegorz Miętus zwyciężył awansując z 18. pozycji po pierwszej serii.

W Oberstdorfie także liczymy na sukcesy i medale skoczków. Przyzwyczailiśmy się do ich wysokich lotów. Czy podtrzymają dobrą passę sportów zimowych? Pierwsza szansa w sobotę, gdy Kubacki będzie bronił złota, a Stoch srebra z Seefeld.

18 medali olimpijskich i 21 mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym - tyle wywalczyli polscy sportowcy zimowi w ostatnich dwóch dekadach. Zaczął Małysz, poszła za nim Kowalczyk i wielu innych ze Stochem - być może najwybitniejszym z nich wszystkich. 

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje