Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Właśnie dlatego rywalizacja Barcy i Realu antagonizuje świat

Antagonizująca futbolowy świat rywalizacja Realu Madryt z Barceloną przekracza często granice absurdu. Dzieje się tak właśnie teraz, przy okazji afery "Pepegate".

Nazywając graczy Barcy symulantami (teatreros) stoper Realu Madryt nie spodziewał się pewnie po jak kruchym stąpa lodzie. Bezpośrednio zaatakowany poczuł się Andres Iniesta, z którym Pepe starł się na granicy pola karnego w ostatnim Gran Derbi. Sędzia faulu nie dostrzegł, gracz Realu zobaczył za to najlepszego gracza Europy w roli wymuszającego jedenastkę. Prawda leżała gdzieś po środku, tyle, że akurat piłkarz z taką przeszłością i reputacją jak Portugalczyk, powinien raczej ugryźć się w język.

Dlaczego nie gryzą się w język?



W język nie ugryzł się też Tito Vilanova odpowiadając jeszcze podczas konferencji prasowej, że Barca sprezentuje kiedyś Pepe wideo z nagraniem jego brutalnych fauli. Sprawa umarłaby śmiercią naturalną, gdyby nie podchwyciły jej media. W końcu w czasie, gdy grają reprezentacje, wygłodniali fani obu klubów rozsiani po całej ziemi umarliby z nudów.

Jedna ze stacji radiowych w Katalonii puściła w świat informację, że takie wideo już powstało i to na specjalne zlecenie Pepa Guardioli. Podobno były trener Barcy kazał nagrywać wszystkie boiskowe "przestępstwa" portugalskiego stopera "Królewskich" specjalną kamerą. Według zapewnień dziennikarzy z katalońskiego radia efekt pracy dodatkowych kamer miał być wstrząsający i miażdżący dla Pepe. Na wieść o tym do kontrataku ruszyły media madryckie.

Przypomnieli sprawę Nixona


Dziennik "As" nazwał sprawę "Pepegate", w nawiązaniu do legendarnej afery w USA, która pozbawiła prezydentury Richarda Nixona. Redaktor naczelny madryckiego dziennika wystosował komentarz miażdżący dla Guardioli. Wspomniał, że już w czasach pracy Pepa w Barcelonie wielu ludzi podejrzewało, iż ten idealistyczny wizerunek własny i klubu z Katalonii, który sprzedawał w świat, był manipulacją i fałszerstwem. No bo skoro posunął się do takiej podłości, jak próba potajemnych knowań przeciw nieświadomemu tego rywalowi z boiska, to znaczy, iż zdolny jest do wszystkiego.

Lawina ruszyła. W Hiszpanii zaczęło się publiczne poszukiwanie taśm i rozpytywanie, co w nich jest? Nie brakowało głosów rozsądku. Ktoś pytał: cóż mogłoby być na sekretnych taśmach, co przeoczyłoby 30 kamer prowadzących relacje z meczów Realu z Barceloną? Iker Casillas stwierdził, że nie wydaje mu się możliwe, by Katalończycy posunęli się do czegoś podobnego. Kapitan Realu nie zabrzmiał jednak wiarygodnie, bo jak powszechnie wiadomo przyjaźni się z Xavim i Puyolem.

Afera trwała w najlepsze, choć Iniesta stwierdził, że ani on, ani nikt z jego kolegów z Barcy o taśmach kompromitujących Pepe nie słyszał. Jose Mourinho stwierdził, że nic o sprawie nie wie, jest natomiast pewien, że w okresie, gdy Pepe rozmawiał z szefami Realu o przedłużeniu kontraktu, dwa wielkie kluby robiły co można, by storpedować negocjacje. Mourinho może o tym wiedzieć z pierwszej ręki, Jorge Mendes jest agentem i jego i Pepe. "Czy te dwa kluby przygotowywały jakieś wideo, tego już nie wiem" - stwierdził trener "Królewskich".

Wideo obciążające Pepe nie istnieje?


W końcu sprawa zataczając koło trafiła do Vilanovy. Trener Barcy zapewnił, że wideo obciążające Pepe nie istnieje, że ani on, ani Guardiola nie zlecali potajemnego filmowania Portugalczyka. Czyżby więc cała, tak piękna afera była tylko burzą w szklance wody? Niewykluczone, odegrała ona jednak doniosłą rolę w czasie przerwy w rozgrywkach Primera Division. Fani obu klubów rozsiani po całej ziemi byli czymś zajęci w okresie, gdy Pepe bronił barw Portugalii, a Iniesta Hiszpanii.

Reklama


Dla porządku przypomnę, że poprzednia przerwa reprezentacyjna zeszła wszystkim fanom hiszpańskich kolosów na rozpatrywaniu dwóch najsłynniejszych słów wypowiedzianych przez Cristiano Ronaldo ("jestem smutny"). Następna będzie w listopadzie. Już się boję myśleć, czym zapełnią ten czas wygłodniałym kibicom media w Barcelonie i Madrycie?

Przez nich świat zatrzymuje się


Rywalizacja klubów z Camp Nou i Santiago Bernabeu zdominowała w futbolu wszystkie inne. Jak słusznie zauważył Mourinho, gdy Real gra z Barceloną, świat zatrzymuje się na 90 minut. Ma to wymierny efekt dla obu hiszpańskich kolosów: poza Manchesterem United żaden inny klub nie sprzedaje tyle gadżetów i koszulek. Z tej wielkiej rywalizacji żyją także media. Dla części z nich przerwa na mecze eliminacji mistrzostw świata, to czas posuchy. Trzeba zająć czymś ludzi, może aferą: prawdziwą, bądź fikcyjną? Dlatego kibic, który nie chce być robiony w konia, powinien być czujny.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL