Reklama

Reklama

Dziennik Barcy i Realu

Bogaci Hiszpanie kontra biedni Niemcy

Futbol jest lustrzanym odbiciem rzeczywistości? Suma budżetów Barcelony i Realu Madryt przewyższa niemal dwukrotnie pieniądze, jakimi dysponują Bayern Monachium i Borussia Dortmund. Cristiano Ronaldo zarabia 43,5 mln dol. rocznie, a Leo Messi - 40,3 mln. Obu wyprzedza jednak David Beckham z zarobkami rzędu 44 mln.

Doroczna lista magazynu "Forbes" dotycząca najbogatszych futbolowych marek na świecie przyniosła po dziewięciu latach zmianę lidera. Mimo drastycznego kryzysu w Hiszpanii, Real Madryt zwiększył swoją wartość w ciągu roku aż o 76 proc., zmieniając Manchester United na pozycji nr 1.

W uzasadnieniu eksperci "Forbesa" wymienili trzy kluczowe dla statusu ekonomicznego "Królewskich" nazwiska: Cristiano Ronaldo na boisku, Jose Mourinho na ławce trenerskiej i milionera Florentino Pereza za sterami klubu z Santiago Bernabeu.

Według "Forbesa", Ronaldo jest na drugim miejscu w klasyfikacji na najlepiej zarabiającego gracza na świecie, z rocznymi przychodami 43,5 mln dolarów. Wyprzedza go tylko David Beckham (44 mln), na trzecim miejscu jest Leo Messi z Barcelony (40,3 mln). Oczywiście nie chodzi wyłącznie o pensję w klubie, ale także dochody z kontraktów i reklam.

Trzecie miejsce w klasyfikacji klubów zajmuje Barcelona, która w ostatnich 12 miesiącach powiększyła swoją wartość o 99 proc. Kontrastuje to z oszczędnościami wprowadzanymi przez prezesa Sandro Rosella, który w ramach cięcia kosztów powymieniał kolorowe kserokopiarki na czarno-białe. Futbol nie takie rzeczy widział: lista najbogatszych pokrywa się bowiem w znacznym stopniu z listą najbardziej zadłużonych, na której także czołowe miejsca zajmują Real, Manchester i Barcelona.

Trzeci z półfinalistów tej edycji Champions League Bayern Monachium jest na liście "Forbesa" piąty, za Arsenalem, Borussia Dortmund zajmuje dopiero 13. miejsce. Oczywiście kluby niemieckie są zdecydowanie mniej zadłużone niż ich rywale z Hiszpanii, czy Anglii. Widać, że filozofia inwestowania w piłkę jest tam zupełnie inna. Mogłoby się wydać wręcz szokujące, że w kraju tak silnym ekonomicznie, wydatki klubów są nieporównywalnie mniejsze niż w przeżywającej głęboki kryzys Hiszpanii. Suma budżetów Realu i Barcelony to 975 mln euro, tymczasem Bayernu i Borussii to tylko 563 mln.

Niemcy i Hiszpanie kochają futbol po swojemu. Dwaj hiszpańscy półfinaliści Champions League nie są akurat dobrym przykładem, ale połowa ich biedniejszych rywali z Primera Division to potencjalni bankruci. Komisja europejska bada przypadki pomocy udzielanej bankrutującym klubom przez władze lokalne. Czy jest legalna? Za jakiś czas się dowiemy.

O finał na Wembley powalczą więc biedni Niemcy z bogatymi Hiszpanami, co jest jeszcze jednym dowodem, że futbolową rzeczywistość można uznać za lustrzane odbicie ekonomicznej.

Reklama

Strajki, eksmisje za długi, rekordowe bezrobocie i wszystkie inne nieszczęścia, które spadły na Hiszpanów w ostatnim czasie, nie naruszyły bańki futbolowej. Widać gdzie zdecydowanie bardziej cenią igrzyska od chleba.

Sen trwa. Byłoby jednak nieznośnie obudzić się ze świadomością, że na Wembley jadą Bayern i Borussia.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje