Reklama

Reklama

Wołowski: Szkoda, że Messi?

Leo Messi po raz czwarty z rzędu zdobył "Złotą Piłkę". Szkoda.

Kapitanowie i selekcjonerzy drużyn narodowych zmarnowali być może ostatnią szansę, by na liście laureatów "Złotej Piłki" pojawiło się jakieś inne hiszpańskie nazwisko poza gwiazdą przełomu lat 50. i 60. Luisem Suarezem. Symbolem złotego okresu "La Roja" na galach FIFA pozostaną uśmiechy Xaviego i Iniesty, z którymi mistrzowie świata i Europy gratulowali argentyńskiemu kumplowi z Barcelony mogącemu wciąż tylko pomarzyć o podobnych sukcesach.

Andres Iniesta podkreślał jeszcze przed ogłoszeniem wyników, że to bezdyskusyjnie Leo Messi jest nr 1 w futbolu, ale pozostanie nim zapewne także przez kolejne pięć, czy sześć lat. Czy to znaczy, że pół roku po 30. urodzinach, w jego domowym muzeum pojawi się dziesiąta nagroda dla najlepszego gracza świata? Jeśli tak, to plebiscyt FIFA i "France Football" zostanie odarty z wszelkich emocji i tak naprawdę straci reszki sensu.

"Złotą Piłkę" wręczał Messiemu Fabio Cannavaro, laureat z 2006 roku. Gdyby w tamtej edycji plebiscytu zastosować dzisiejsze kryteria, Włoch nie miałby cienia szans na zwycięstwo. Zinedine Zidane, czy Ronaldinho byli graczami przewyższającymi go talentem wielokrotnie, Cannavaro miał się do Francuza, czy Brazylijczyka tak, jak dziś do Messiego Sergio Ramos. Tymczasem "France Football" uhonorował obrońcę Italii za jego wkład w tytuł mistrza świata. Według tych kryteriów najlepszym graczem 2012 roku był Iniesta.

Messi jest jedyny, niepowtarzalny, niezwykły, już dziś może stawać w szranki z Pele, Maradoną, Cruyffem, czy Beckenbauerem. Od tych czterech wielkich nazwisk dzielą go sukcesy z drużyną narodową, które być może jeszcze osiągnie. Jeśli chodzi o geniusz, dorównuje im teraz. Potrafi zrobić z piłką niemal wszystko i to w tych fragmentach boiska, gdzie rywal ma za zadanie nie zostawić centymetra wolnego miejsca. Jest kimś znacznie więcej niż łowcą goli, a jednak może stanąć z nimi do rywalizacji i ją wygrać. Stąd wzięła się zwycięska pogoń za rekordem Gerda Muellera, która Cruyffowi, Beckenbauerowi, Maradonie, Platiniemu, czy Zidane’owi przez myśl by nie przeszła.

Reklama

Patrząc na grę Argentyńczyka można się zgodzić nawet z takim nonsensem, by nagroda dla gracza roku trafiła w ręce kogoś, kto zdobył zaledwie Puchar Hiszpanii w ciągu minionych 12 miesięcy. Messi otrzymał niemal dwa razy więcej głosów niż Ronaldo i cztery razy więcej niż Iniesta. W porównaniu z wynikami sprzed roku, o jedno miejsce awansował Hiszpan.

Portugalski gwiazdor Realu po raz kolejny zbierał zewsząd wyrazy współczucia, że przyszło mu grać w erze Messiego. Gdyby nie było Argentyńczyka miałby już cztery "Złote Piłki" (więcej niż Cruyff, van Basten i Platini), dziś posiada wiąż zaledwie jedną. Jose Mourinho na galę do Zurychu się nie wybrał, ale już wcześniej zapowiadał, że taka dysproporcja między dwoma najlepszymi graczami naszych czasów to skandal. Ronaldo w najbardziej prestiżowym plebiscycie aż cztery razy był drugi, po raz pierwszy już w 2007 roku, kiedy triumfował Kaka.

Nagrodą dla piłki hiszpańskiej musi pozostać triumf Vicente del Bosque w kategorii "trener roku". A także jedenastka 2012, złożona z graczy Barcelony, Realu i Atletico Madryt, choćby wybór Daniego Alvesa na prawej obronie zakrawał na kuriozum. Budesliga bije rekordy frekwencji, Premier League rekordy wpływów, najwybitniejsi gracze wciąż przetrwali w kraju, który ledwo dyszy w oparach kryzysu. To dowód, że wyszkoleniem Hiszpanie pobili konkurentów na głowę. Nawet dość przeciętni gracze z Primera Division robią furorę na Wyspach. Tak jak w lidze niemieckiej wychowankowie niedocenianej szkółki Realu Madryt (Carvajal i Joselu), wędrujący śladem gasnącej legendy klubu z Bernabeu Raula Gonzaleza.

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL