Reklama

Reklama

Malezyjczycy po królewsku ugościli polskich hokeistów na trawie

Polscy hokeiści na trawie ze względu na fatalną pogodę musieli przedłużyć pobyt w Malezji, gdzie brali udział w Champions Challenge I. O drużynę zatroszczyła się nawet rodzina królewska i książę Tengku Abdullah, który jest prezydentem tamtejszej federacji.

Polacy dopiero w środę przed południem, czyli z dwudziestokilkugodzinnym opóźnieniem, dotarli do Poznania. Kłopoty z podróżą zaczęły się już na lotnisku w Kuantan, gdzie rozgrywany był turniej Champions Challenge I.

"Do Kuantan miał po nas przylecieć samolot z Kuala Lumpur, tymczasem nad tamtejszym lotniskiem przeszła jakaś historyczna burza i na osiem godzin zostało ono sparaliżowane. W konsekwencji straciliśmy nasz lot do Europy i musieliśmy czekać na kolejny" - opowiadał szkoleniowiec polskich hokeistów Karol Śnieżek.

Reklama

Wizja zapłacenia kilkudziesięciu tysięcy złotych za ponad 20 nowych biletów na lot z Malezji do Europy, dla posiadającego skromny budżet Polskiego Związku Hokeja na Trawie mógłby być niemal rujnującym wydatkiem.

"Na początku wyglądało to trochę drastycznie. Gdyby malezyjskie linie nie wzięły tego na siebie, to mielibyśmy spory kłopot. Trzeba byłoby "kombinować" pieniądze na bilety. Na pewno wrócilibyśmy do domu, ale nie wiem jakim kosztem" - przyznał szkoleniowiec.

Polacy nie zostali jednak pozostawienie sami sobie. Zarówno malezyjskie linie lotnicze, jak i sama federacja zatroszczyła się o pobyt całej ekipy. Prezydentem malezyjskiego związku hokejowego jest książę Tengku Abdullah, syn jednego z sułtanów w kraju. Jak przyznał Śnieżek, hokejowa drużyna została ugoszczona "po królewsku".

"Prezydent federacji powiedział wprost, że nasze kłopoty to wina jego kraju i on zrobi wszystko i dołoży starań, żebyśmy godnie wrócili do domu. Choć to była tylko jedna noc, powiem szczerze, że w takich hotelach to jeszcze nie spałem. Naprawdę spore podziękowania należą się Malezyjczykom, którzy zapłacili za nasze bilety powrotne" - podkreślił.

Na turnieju "Biało-czerwoni" zajęli ósmą, ostatnią lokatę. Wygrali tylko jeden z sześciu meczów - z Irlandią 2-1. Opiekun polskiej reprezentacji nie ukrywał, że najbardziej żal mu porażki z Kanadą. "Biało-czerwoni" prowadzili  2-1, ale w końcówce to rywale zdobyli dwie bramki.

"Chcieliśmy trafić w ćwierćfinale na Kanadę i udało się. Prowadziliśmy dwukrotnie, ale zabrakło tego zwycięstwa. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale przyszło nam rywalizować w ekstremalnych warunkach. Graliśmy zwykle wczesnym popołudniem, gdzie temperatura sięgała na boisku nawet 48 stopni. Spotkania mieliśmy czasami dzień po dniu. Mnie po meczach kręciło się w głowie, a co dopiero mają powiedzieć zawodnicy, którzy prawie mdleli w końcówkach. Wróciłem do kraju wręcz "spalony" tym słońcem, moje dziecko nie poznało mnie dziś na lotnisku" - opowiadał.

Mimo braku sportowego sukcesu, Śnieżek optymistycznie patrzy w przyszłość. Zawody w Malezji były sprawdzianem przed drugą rundą Ligi Światowej, która w styczniu przyszłego roku odbędzie się w Singapurze. LŚ to już jeden z etapów kwalifikacyjnych do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro.

"Mimo tych ekstremalnych warunków, fizycznie prezentowaliśmy się znakomicie, gdyby było inaczej, to niektóre mecze moglibyśmy zakończyć wysokimi porażkami. Poprawiliśmy przede wszystkim krótkie rogi, ale w obu meczach z Japonią sporo ich nie wykorzystaliśmy. Może zabrakło umiejętności, mądrzejszego rozegrania końcówki pojedynku z Kanadą. Nasza gra w tym turnieju dała mi jednak pozytywnego "kopa" na przyszłość" - podsumował Śnieżek.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje