Reklama

Reklama

Alvarez - Mayweather: Kiedy Meksyk nie chodzi spać

Niemal równo piętnaście lat temu na rewanżową walkę z Oscarem de la Hoyą na ring weszła chyba największa chluba meksykańskiego boksu – Julio Cesar Chavez.

Wielka legenda, wielki mistrz, który wtedy nie był już tym Chavezem co kiedyś. Ale jedno trzeba mu oddać - był jednym z tych meksykańskich pięściarzy, dzięki którym boks w Meksyku stał się czymś więcej niż tylko sportem.

Reklama

Bokserzy z tego kraju słynęli i słyną z czegoś, co wielu kibiców boksu na całym świecie chciałoby zobaczyć u swoich rodaków, czyli z nieustępliwości, waleczności, a co za tym idzie także widowiskowości.

Sława meksykańskich pięściarzy nie wypływa z dążenia, by za wszelką cenę utrzymać zero po prawej stronie swojego rekordu, oni szukają wyzwań i często porażkami zyskują więcej niż zwycięstwami z byle kim.

W gronie wielkich wojowników z Meksyku stoją tacy pięściarze, jak Juan Manuel Marquez czy Marco Antonio Barrera, na którym wzoruje się wielu młodych bokserów, gdyż jest jednym z tych fighterów, którzy gdyby tylko mogli, walczyliby nawet bez głowy.

Teraz jesteśmy w przededniu największych ringowych emocji tego roku, mimo że na ring wejdzie trochę inny przedstawiciel meksykańskiego boksu - lubiany i także uwielbiany, jednak już z innej generacji.

Dziś historia meksykańskiego boksu zaczyna zapisywać się trochę inaczej. Przede wszystkim Saul Alvarez (bo oczywiście o nim mowa) jest niepokonany, ale trochę prowadzony tak, żeby przypadkiem przed nadmuchaniem wielkiego balonu nie stała mu się krzywda, no i się nie stała.

Do tej pory był co prawda sprawdzany przez Mosleya, Mathew Hatttona czy Trouta, to jednak ci pięściarze nie prezentowali takiego poziomu jak Mayweather. Największym kontrastem jednak dla meksykańskiej dumy jest fakt, że niejako mentorem Canelo jest Oscar de la Hoya, czyli dwukrotny pogromca Chaveza Seniora, o którym - parafrazując słynne słowa Roberto Durana - można by było śmiało powiedzieć, że w Meksyku nie był Bogiem, ale kimś do niego podobnym.

Mentalność Meksykanów w podejściu do boksu i ich emocje towarzyszące walkom meksykańsko-amerykańskim, można by porównać do mentalności portorykańskiej, z tą różnicą, że meksykańskim ulubieńcom w tym najważniejszym momencie ich karier częściej się udawało.

W Portoryko często zdarzał się ogólnonarodowy płacz, czy to za sprawą niepowodzeń Camacho, ostatnio Cotto czy przede wszystkim największej nadziei (w dużej mierze spełnionej) - Felixa "Tito" Trinidada, którego po porażce z prowokującym wówczas Hopkinsem opłakiwał niemal cały kraj.

Chyba każdy kraj poza Stanami Zjednoczonymi chciałby mieć takie sukcesy w boksie zawodowym i tworzyć taką historię tej pięknej dyscypliny, jak dzieje się to w Meksyku. W większości jest to pewnie zasługa dobrej szkoły. Także dzięki dużej popularności tego sportu istnieje większa konkurencja, a więc tym samym łatwiej dostrzec rodzące się talenty.

Jeszcze nie wiemy, czy po występach Carlosa Moliny i Saula Alvareza Meksyk będzie płakać czy się cieszyć, natomiast niemal na pewno wiemy jedno - że owej nocy nie pójdzie spać.

Dowiedz się więcej na temat: Floyd Mayweather | Saul Alvarez | Oscar De La Hoya

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama