Porażki Legii i Wisły były wkalkulowane
Zmorą naszej piłki jest przeszywające do szpiku kości uczucie niedosytu, frustracji, bezsilności. Takie jak po ostatnich meczach Wisły i Legii w Lidze Europejskiej.

Gervasio Nunez powinien zostać "rozszarpany" w szatni. Ratując jego błąd w pierwszym meczu Michał Czekaj faulował w polu karnym i wyleciał z boiska, w drugim Nunez sam bezmyślnie skosił rywala mając żółtą kartkę. Jeśli był zmęczony lub nie miał ochoty grać dalej, mógł poprosić o zmianę. Tymczasem osłabił kolegów w chwili, gdy po zmarnowaniu pierwszej połowy szykowali się do ataku.
Zmarnowaniu? Tak. Łukasz Garguła radośnie oznajmia, że w pierwszej części gry drużyna chciała utrzymać wynik 0-0. Kuriozalne, bo przecież dawał on awans Standardowi Liege. Czyli, aż 45 minut z 90 w rewanżu zostało przez wiślaków wyrzucone do kosza. Atak miał nastąpić w drugiej połowie, ale od 63. min trzeba było grać w dziesiątkę. Wychodzi na to, że Wisła podarowała sobie zaledwie kwadrans normalnej walki o awans!
"Byliśmy lepsi, ale pechowo odpadliśmy" - powtarzają przy takich okazjach gracze Ekstraklasy prowokując do gorzkiej refleksji: "trzeba było być gorszym i awansować". Rywale grają o zwycięstwo, nasi o zachowanie twarzy, co zazwyczaj i tak niestety się nie udaje. Zmorą naszej piłki jest przeszywające do szpiku kości uczucie niedosytu, frustracji, bezsilności. Ono znowu powraca, paradoksalnie w tak szczególnym dla polskich klubów sezonie. Następnego takiego doczekają pewnie nasze wnuki.
Więcej na ten temat
Zobacz także
- Polecane
- Dziś w Interii
- Rekomendacje