Reklama

Reklama

Żużel. Człowiek, który traci głowę dla pieniędzy, podpisał kontrakt i czeka na lepsze czasy

Grzegorz Walasek zostaje w Arged Malesa TŻ Ostrovia. Przynajmniej na papierze, bo z tym klubem podpisał kontrakt na sezon 2021. Umowa nie ma gwarancji startowych, nie ma też ustalonych warunków finansowych. Walasek najpewniej poczeka do wiosny i wtedy pójdzie na wypożyczenie. Żużel to urazowy sport, więc po pierwszych kontuzjach telefon Walaska się rozgrzeje. Zawodnik znany jest z dziwnych decyzji, ale na torze potrafi od czasu do czasu zaskakiwać.

Okno transferowe przed sezonem 2014. To wtedy Grzegorz Walasek trafia do Włókniarza Częstochowa. To jedna z wielu dziwnych decyzji żużlowca, który zdobył tytuł mistrza Polski, zdobywał złote medale z reprezentacją, został też odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego za osiągnięcia w polskim sporcie. Tamten angaż we Włókniarzu był początkiem końca udanej w sumie kariery. Trafił do bankrutującego klubu. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że każdy żużlowiec potrzebuje stałego dopływu gotówki, by móc inwestować w sprzęt i trzymać poziom, to Walasek wtedy mocno stracił. Ówczesny właściciel Włókniarza Artur Sukiennik obiecał zawodnikowi kosmiczne pieniądze, ale ostatecznie wypłacił mu tylko pół miliona, a potem jeszcze go publicznie zbeształ.

Reklama

Prezes oskarża: Sprzedał się jak ...

- Biorę Walaska. Na 200 tysięcy złotych jest oficjalny kontrakt reklamowy z KJG, 310 tysięcy dostaje przy świadkach w dwóch transzach, pierwsze 200 tysięcy na Święta Bożego Narodzenia roku 2013, a w 2014 dostaje kolejną sumę - łącznie 510 tysięcy złotych otrzymał od nas Walasek. Co robi? Sprzedaje się jak zwykła ... – opowiadał Sukiennik w mediach. 

Kariera Walaska miała wiele takich zakrętów jak ten częstochowski. Te przypadki z pewnością nie pomagały mu w rozwinięciu skrzydeł. Pierwszy dziwny wybór miał miejsce w juniorach, kiedy Falubaz zaoferował mu zbyt niski jego zdaniem kontrakt. Wypalił, że w takim razie on kończy karierę i idzie do wojska. Stawił się na komisji, a tam od razu zapadła decyzja: bierzemy cię w kamasze. Walasek dopiero wtedy miał się zreflektować, że popełnił błąd. Wrócił do klubu. Wymyślono fikcyjne złamanie nogi, wsadzono mu ją do gipsu. Ostatecznie uratowano go przed wojskiem. 

Mógł podpisać kontrakt życia

W 2015 roku Walasek miał szansę na kontrakt życia w Gorzowie. Gdyby go podpisał, mógłby sobie powetować straty z Częstochowy, wrócić na prostą. Miał dostać 400 tysięcy złotych za podpis i 5 tysięcy za punkt. Gdyby to wziął, to zarobiłby co najmniej milion złotych. On jednak zaczął się targować. Pojechał do Falubazu, tam pokazał ofertę Stali, żeby sobie podbić stawkę. Potem wrócił do Gorzowa po dodatkowe 100 tysięcy, ale zdenerwowany prezes Stali wystawił go za drzwi. Ostatecznie trafił do Falubazu, ale za dużo mniejszą kasę. Dla Stali też ostatecznie pojechał, tyle że w 2018 roku. To wtedy, po pierwszym występie w nowych barwach skakał z innymi gorzowskimi zawodnikami do kibicowskiej przyśpiewki: kto nie skacze, ten Falubaz. W Zielonej Górze, jest wychowankiem klubu, długo nie mogli mu tego podarować. 

Od kilku sezonów Walasek jest człowiekiem od łatania dziur w składach. Wywiązuje się z zadania z różnym skutkiem. Od czasu do czasu błyśnie też jakimś błędnym wyborem. 4 lata temu nie wziął kontraktu w Toruniu, choć miał dostać 6 tysięcy za punkt. Za chwilę wylądował w Wandzie Kraków, gdzie dostał kasę za kilka spotkań, bo potem przestali płacić. Miniony sezon spędził w Ostrovii, gdzie jednak prezentował się słabo. Podpisał jednak z klubem kontrakt bez ustalonych warunków finansowych i bez gwarancji jazdy, by w razie czego móc iść wiosną 2021 na wypożyczenie. Ktoś się z pewnością skusi. Pytanie, czy Walasek dobrze wybierze.   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje