Reklama

Reklama

Dramaty i sensacje piłkarskich MŚ

W piątek 11 czerwca rozpoczną się mistrzostwa świata w RPA. W poprzednich osiemnastu edycjach, począwszy od 1930 roku, nie brakowało dramatów, sensacji i wydarzeń, które mają stałe miejsce na kartach historii tej imprezy.

A wszystko zaczęło się kilka dni przed finałowym meczem Urugwaju z Argentyną w pierwszej edycji mundialu. W Buenos Aires przygotowano 10 statków dla kibiców, którzy chcieli na własne oczy zobaczyć zwycięstwo swych pupili w Montevideo. Chętnych było tak wielu, że policja musiała pilnować porządku w porcie. Niewiele to jednak pomagało. Tłumy szturmowały przystań, by zdobyć miejsce na parostatkach. Niektórzy potonęli w portowych wodach...

Nawet nocna podróż morska nie ochłodziła temperamentów. W stolicy Urugwaju celnicy odebrali krewkim Argentyńczykom wiele sztuk broni palnej. Huśtawka nastrojów trwała także w czasie meczu. Do przerwy goście prowadzili 2-1. Karta odwróciła się w drugiej połowie meczu i gospodarze wygrali 4-2.

Reklama

Cztery lata później we Włoszech miejscowi "tifosi" byli pewni, że w finale zagrają ich ulubieńcy i nie zawiedli się. Sensacją było dotarcie do decydującego meczu reprezentacji Czechosłowacji, o której rzymska prasa sportowa pisała bez specjalnego uznania.

Przed meczem o tytuł piłkarze mieli... tydzień wolnego. Czesi spędzili ten czas we Frascati, w Apeninach, a Włosi - w Rovereto koło Florencji. Dzień przed rozstrzygającym o tytule meczu roztrząsano kandydatury sędziów. Czesi woleli Hiszpana Escartina, ale Włosi przeforsowali Szweda Eklinda.

50 tysięcy widzów wypełniło trybuny. Ceny biletów na czarnym rynku były niebotyczne... Sędzia Eklind wezwał do szatni kapitanów drużyn - Planickę i Combiego - i przestrzegał przed ostrą grą. Potem udał się do loży honorowej, by uścisnąć dłoń Mussoliniemu. Tylko najbliżej stojący usłyszeli słowa duce, który wyraził nadzieję, że arbiter poprowadzi włoską drużynę narodową do zwycięstwa.

Po latach Eklind wspominał, że rozmowa była wyłącznie kurtuazyjna... Arbiter jednak pozwolił gospodarzom na niezwykle brutalną grę. Od 15 minuty meczu Krczil jedynie statystował na skrzydle, utykając do końca meczu. Mimo zaciekłych ataków Włochów, 0-0 utrzymywało się do końca pierwszej połowy, a bramkarz Czechosłowacji Frantiszek Planicka bronił jak natchniony.

W drugiej połowie meczu zdumiona publiczność miała okazję podziwiać słynną "czeską uliczkę" w wykonaniu Sobotki i Puca, który składał się do strzału z ośmiu metrów, gdy został brutalnie podcięty przez Ferrarisa IV. Karny? Nie, nic się nie stało - ocenił sędzia i polecił grać dalej.

Kolejny rajd Puca i... tym razem bramka. Mogło być potem nawet 3-0, Włosi byli zupełnie zdezorientowani. Wreszcie 10 minut przed końcem udało im się wyrównać. Nawet Planicka nie był w stanie obronić strzału Orsi'ego. Dogrywka. Squadra Azzura, przy ogłuszającym krzyku publiczności, zaatakowała osłabionych i poturbowanych przeciwników, a decydującego gola strzelił Schiavio. Naród i jego wódz mieli satysfakcję. Obserwatorzy orzekli potem zgodnie, że tego meczu Czesi wygrać nie mogli.

Paryski finał mundialu w 1938 roku - z udziałem Włochów i Węgrów - nie był już tak dramatycznym widowiskiem. Madziarzy hołdowali grze kombinacyjnej, typowej dla środkowoeuropejskiej szkoły futbolu. Koronkowe akcje, których inicjatorem był świetny środkowy pomocnik Gyoergy Sarosi, nie były tak skuteczne, jak szybka gra i twarda obrona Włochów, których gwiazdą pierwszej wielkości był Silvio Piola, strzelec dwóch bramek; nie mniej efektownie grali jego koledzy Giuseppe Meazza i Gino Colaussi...

Gdy w drugiej połowie meczu gra zaostrzyła się i Piola sfaulowany padł na murawę, na boisku zaczęła się bijatyka. Wtedy Włosi prowadzili 3-1, a Węgrzy mieli jeszcze pewne nadzieje, które wzmocniła druga bramka zdobyta dla nich przez Sarosiego. Niezawodny Piola, czwartą bramką położył kres tym marzeniom. Włosi po raz drugi z rzędu, tym razem zasłużenie, zdobyli Puchar Rimeta.

Na kolejny turniej o prymat na świecie z powodu wojennej zawieruchy czekano do 1950 roku. Gdy w 1948 roku Brazylii przyznano jego organizację Rio de Janeiro przystąpił do budowy gigantycznego stadionu Maracana. 200-tysięczna rzesza fanatycznych kibiców miała na nim oglądać triumf swych idoli.

Oprócz wielkich ambicji miała Brazylia doskonałą jedenastkę. W grupie eliminacyjnej wygrała z groźną Jugosławią 2-0, a w zasadniczej części rozgrywek ze Szwecją 7-1 i Hiszpanią 6-1. Urugwaj pokonał natomiast Szwecję 3-2 i zremisował z Hiszpanią 2-2.

Taki obrót wydarzeń sprawił, że do tytułu Brazylijczykom wystarczał remis w ostatnim spotkaniu, a "Urusi" musieli zwyciężyć. Nocą przed finałem w całym Rio nikt nie spał. Tańczono do rana. W gazetach pojawiły się tytuły "Brasilia campeon" (Brazylia mistrzem). Przed stadionem stały już nagrody dla zwycięzców - sportowe samochody.

Gdy sędzia dał sygnał do rozpoczęcia gry, wrzawa ponad dwustutysięcznej publiczności zagłuszyła wybuchy petard, huk rakietnic i wszelkiej broni palnej... Rozpoczęło się oblężenie bramki Urugwaju, Gdy zakończyła się pierwsza część meczu, a na tablicy wciąż widniały cyfry 0-0, grobowa cisza zaległa nad ogromną niecką stadionu ... Wreszcie na początku drugiej połowy radosny krzyk powitał gola dla gospodarzy. Friaca pokonał bramkarza Maspolego.

Wydawało się, że dalsze bramki to tylko kwestia czasu. Brazylijczycy czuli się już zdobywcami pucharu. Tymczasem wielki reżyser gry i strzelec Juan Schiaffino wyrównał. Zmęczeni Brazylijczycy patrzyli coraz częściej na zegar, jakby chcąc przyspieszyć ruch wskazówek. Jednak w 78. minucie Alcide Ghiggia dojrzał źle ustawionego bramkarza Barbosę i strzelił w długi róg. 2-1 dla Urugwaju. Klęska "Canarinhos".

Gdy kapitan Obdulio Varela odbierał od Julesa Rimeta (podobno w szatni) statuetkę Złotej Nike, widzowie trwali w ciszy jak zahipnotyzowani. Dwóch kibiców zmarło na stadionie, dwaj inni popełnili samobójstwo. Szok i żałobna cisza zapanowała w całym kraju. Na ulicach Rio tańczyli i śpiewali nieliczni, ale to byli Urugwajczycy...

Cztery lata później w Szwajcarii węgierska "złota jedenastka" była głównym faworytem. Od kilku lat niepokonana zrobiła wielkie wrażenie zwycięstwami nad Anglią 6-3 na Wembley, gdzie nigdy wcześniej gospodarze nie przegrali) i w Budapeszcie 7-1 (w maju 1954 r., tuż przed mistrzostwami świata).

Takie nazwiska, jak Puskas, Kocsis, Bozsik, Czibor, Hidekuti, Grosics były znane w całym świecie. Równie imponujące zwycięstwo nad RFN w fazie wstępnej mistrzostw - 8-3 - utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że tylko ta drużyna może wygrać. W "spacerku" do finału Węgrzy wygrali pewnie z Brazylią (4-3) i Urugwajem (4-2 po dogrywce).

W finale - 4 lipca na stadionie Wankdorf w Bernie - znów spotkali się z Niemcami i mecz miał by formalnością. Po dziewięciu minutach i golach Puskasa oraz Czibora prowadzili 2-0, nie było nikogo, kto postawiłby na rywali choć franka. Jedynie dość liczni kibice z RFN mieli jeszcze nikłe nadzieje... Jednaj jeszcze przed przerwą zrobiło się 2-2.

Druga połowa to ciągły atak Węgrów. Na śliskim po deszczu boisku mnożyły się niewykorzystane sytuacje podbramkowe, obrona niemiecka dwoiła się i troiła (obliczono, że bramkarz Turek obronił w tym meczu 25 strzałów). W 84. minucie stało się... Strzał Rahn z najbliższej odległości trafił do siatki - 3-2! Puskas, nie w pełni sił po kontuzji w pierwszym starciu z Niemcami, co prawda posłał jeszcze piłkę do siatki, ale sędzia uznał, że był spalony...

Sensacja z Berna zadziwiła świat. Niepokonani przegrali! Do dziś uważa się, że było to nadzwyczaj szczęśliwe zwycięstwo. Kursują też pogłoski, że Niemcy pomogli losowi zażywając środki dopingujące. Po latach trudno to rozstrzygnąć... I tak, rozgromieni i upokorzeni w eliminacjach zostali mistrzami świata.

Z wielkimi nadziejami jechali do Szwecji w 1958 Brazylijczycy. Trener Vicente Feola zabrał najlepszych, ale tylko takich, którzy potrafili swój indywidualizm podporządkować zespołowi. Ustawienie 1-4-2-4 wskazywało, że zaczęli doceniać uporządkowaną obronę, nie tylko atak. "Europeizacja" systemu gry nie pozbawiła ich wirtuozerii technicznej. Didi, Vava, Garrincha potrafili zrobić z piłką wszystko i czynili to z wielką lekkością i maestrią. Cieszyli się grą.

Do Szwecji przyjechał też pewien 17-letni młodzieniec, którego przydomek Pele (pełne nazwisko Edson Arantes do Nascimento) nic nie mówił kibicom, a miał ekscytować świat przez wiele następnych lat.

W pierwszym meczu z Austrią (3-0) Pele nie zagrał. Odczuwał jeszcze skutki kontuzji kolana. I choć ukrywał to przed trenerem, Feola wolał nie ryzykować. Pele został w szatni i ukradkiem połykał łzy. Nie zagrał też z Anglią, której szczelna obrona nie pozwalała żonglerom z Brazylii strzelić bramki (0-0).

Pele pojawił się na boisku w meczu z ZSRR i asystował przy golu Vavy. W następnym meczu z Walią tuż przed końcem gry zdobył bramkę na wagę zwycięstwa i awansu do półfinału, w którym po dwa gole zdobywają obaj bombardierzy i Canarinhos wygrywają 5-2.

Finał - 29 czerwca, stadionie Rasunda. Szwedzi przez osiem minut byli mistrzami świata. Bramkę dla nich zdobył Liedholm (jeden z włoskich "najemników" jak nazywano Szwedów grających we włoskich klubach). Vava jednak wyrównał, a później "poprawił" na 2-1. Brazylijska "samba" trwała. Pele i 3-1Zagalo - 4-1, jeszcze Simonsson zdobywa gola (4-2) i sędzia spogląda na zegarek, gdy nagle do piłki wyskakuje Pele, a za chwilę trzepocze ona w siatce Szwedów. Po gwizdku Pele, który łatwo się wzruszał, ukrywa zapłakaną twarz na ramieniu Didiego, choć tych łez już nie musiał się wstydzić.

Takiego debiutu w mistrzostwach świata nie miał przed nim nikt!

By otworzyć sobie "uliczkę" do stadionów w Chile (1962), drużyna Czechosłowacji musieli pognębić w trzecim, dodatkowym meczu eliminacji nieustępliwą Szkocję, czego dokonali w dogrywce (2-2, 4-2). A w turnieju finałowym trafili do grupy z faworytem - Brazylią, Hiszpanią (z Puskasem, Suarezem i Gento) oraz Meksykiem.

Zająć drugie miejsce w grupie - to było marzenie Czechów. Pierwszy krok uczynili wygrywając z Hiszpanią 1-0. Podobny sposób gry przyjęli w spotkaniu z Brazylią; być może na wynik (0-0) miała wpływ kontuzja Pelego po starciu z bramkarzem Schrojfem (po mistrzostwach uznanym za najlepszego na swej pozycji).

Czesi mogli być pierwszymi w grupie, ale woleli chyba znaleźć się na drugim miejscu, co gwarantowała im przegrana z Meksykiem (1-3). Tym razem czeski pragmatyzm zwyciężył marzenia. Trener Rudolf Vytlaczil zmienił nieco ustawienie, stawiał konsekwentnie na Scherera i właśnie on strzelił bramkę Madziarom w zwycięskim meczu ćwierćfinałowym.

Teraz przed nimi byli błyskotliwi i szybcy Jugosłowianie. Scherer zdobył dwa kolejne gole, mimo iż Jerkovic pierwszy zdobył bramkę dla "plavich". W finale Czechosłowacja postanowiła zaskoczyć broniących tytułu Brazylijczyków ofensywną grą, z której słynęli dotąd rywale. I choć to był ich najlepszy występ - przegrali.

Samo widowisko było bardzo interesujące, a outsider prowadził 1-0 po trafieniu Masopusta. Potem jednak wielki Schrojf musiał skapitulować po strzałach Amarildo (zastąpił Pelego), Zito i Vavy. Był moment, w którym piłka trafiła w rękę obrońcę Djalmę Santosa, Czesi liczyli na karnego, a sędzia Łatyszew (ZSRR) uznał, że piłka była nastrzelona, a mogło paść wyrównanie.

Marzenie o drugim miejscu w grupie ziściło się drugim miejscem w świecie. Vytlacil dokonał cudu, którego nikt się nie spodziewał.

W stulecie futbolu - 1966 - Anglicy otrzymali prawo organizacji turnieju mistrzowskiego i oczywiście chcieli je uczcić zdobyciem Złotej Nike. Nie brakowało dramatycznych momentów w tym turnieju, a nawet przed nim, gdy z pilnie strzeżonej wystawy zrabowano statuetkę bogini zwycięstwa i mały kundelek odnalazł ją pod krzakiem, ratując organizatorów przed kompromitacją.

Anglia rozpoczęła od 0-0 z Urugwajem. Lepiej było z Meksykiem i Francją - po 2-0. W meczu z Argentyną nie oszczędzano kości, sędzia z RFN Kreitlein nieco pobłażał gospodarzom, protestujący kapitan Argentyny Rattim został wyrzucony z boiska, mecz przerwano, 10 minut trwały kłótnie i przepychanki. Prasa argentyńska pisała, że arbiter "był dwunastym graczem Anglików". Dopiero w meczu półfinałowym z rewelacją turnieju - Portugalią Anglicy dowiedli, że słusznie uchodzą za faworytów. Dwie bramki strzelił Bobby Charlton, a przeciwnik odpowiedział golem Eusebio.

Finał na Wembley. Rywal - jedenastka RFN, po niemiecku solidna i dokładna. Obie drużyny prezentowały futbol atletyczny, by nie powiedzieć siłowy. Sto tysięcy widzów przerwało chóralny śpiew, gdy w 12. minucie prowadzenie zdobył Haller, jeszcze w pierwszej połowie wyrównał Hurst... Do końca tylko 11 minut, Peter zdobywa gola. Wydawało się, że wszystko jest już rozstrzygnięte. Widzowie podnosili się z miejsc, by fetować wiktorię. Tymczasem, niemal w ostatnich sekundach, Weber wyrównał.

Dogrywka. W 11. minucie Geoff Hurst strzela potężnie z 20 metrów, piłka trafia w poprzeczkę, odbija się ku linii bramkowej, a ten rykoszet wybija głową na róg obrońca Weber. Strzelec łapie się za głowę, a sędzia Dienst ze Szwajcarii waha się chwilę, potem biegnie ku liniowemu - Bachramowowi z ZSRR - by rzecz skonsultować i wreszcie... uznaje bramkę.

O tym golu długie miesiące dyskutowano w RFN. Żadne ze zdjęć, ani też odtwarzany potem zapis telewizyjny, nie rozwiały wątpliwości. Wszystko działo się zbyt szybko. Analiza każdej klatki nie dawała stuprocentowej pewności, że piłka całym obwodem znalazła się poza linią bramkową.

O tych dramatycznych wydarzeniach szwajcarski sędzia mówił potem, że był szczęśliwy, iż Anglicy strzelili czwartą bramkę (znowu Hurst), zapomniał tylko dodać, że wbrew regulaminowi na boisko wbiegli wówczas w dzikim pląsie zwycięstwa trzej kibice, a przepisy wyraźnie mówiły, że nie można kontynuować, gdy na boisku znajdują się osoby postronne... Z kolei Bachramowowi postawiono pomnik, który stoi przed narodowym stadionem w Baku.

W 1970 roku Brazylijczycy przybyli do Meksyku z postanowieniem zmazania hańby z Anglii. Jak zwykle ich celem był światowy prymat w grze, która jest ich drugą religią... Poza mogli zdobyć Puchar Rimeta na własność.

Już w meczu z Czechosłowacją pokazali na co ich stać, a Pele - o którym mówiono, że maltretowany przez boiskowych brutali (zwłaszcza w Anglii), zestarzał się i stracił ochotę do gry - strzelił "swoją" bramkę, dającą prowadzenie Brazylii (na 2-1). Szybki skrzydłowy Jairzinho dodał od siebie dwie kolejne i skończyło się, szczęśliwie dla Czechów, na 4-1.

W meczu z broniącą tytułu Anglią Brazylia imponowała konsekwencją taktyczną, wyrachowaniem (zresztą koniecznym we wściekłym meksykańskim upale). Mimo skromnego 1-0, nikt nie miał wątpliwości, która z drużyn była lepsza. Po dość łatwym ćwierćfinale z Peru (4-2), trenowanym przez Didiego, i półfinale z Urugwajem (3-1), w którym sąsiedzi byli dla nich równorzędnym przeciwnikiem tylko przez pół meczu, ostatnią przeszkodą na drodze do trzeciego triumfu byli Włosi. Oni również mieli szansę na trzeci triumf w mundialu.

Finał był pokazem kunsztu w wykonaniu Brazylijczyków. Pele, Tostao, Jairzinho, Gerson, Rivelino, Carlos Alberto zachwycali inwencją, piłkarskim artyzmem, a jednocześnie te wielkie indywidualności tworzyły zwarty zespół. To był piłkarski festiwal na najwyższym poziomie. Pierwszą bramkę strzelił Pele, Boninsegna wyrównał i to wszystko, co pokazali Włosi. Dalsze gole to dzieło Gersona, Jairzinho i Carlosa Alberto (ta ostatnia to jeden z najpiękniejszych w historii MŚ). Włosi stanowili tło dla grających swobodnie, jak w meczu pokazowym, rywali.

Wiele godzin po meczu trwała spontaniczna zabawa szczęśliwych kibiców brazylijskich. A już w chwilę po zakończeniu finału w Rio grzmot wystrzałów armatnich, huk petard i bębnów zapoczątkował piłkarski karnawał. "Brasil tri-campion" - słyszało się wszędzie. Włosi na taką fiestę musieli czekać jeszcze 12 lat.

Jubileuszowe, dziesiąte mistrzostwa świata, powierzone RFN, dawały jej niepowtarzalną szansę sukcesu. Niemcy nie mieli zamiaru zaprzepaścić okazji. A jednak był taki zespół, który mógł zniweczyć wielkie plany gospodarzy.

Na zalanym deszczem "ryżowisku" Leśnego Stadionu we Frankfurcie przeciwstawiła się Niemcom rewelacja turnieju, grająca z fantazją, ofensywnie - Polska. "Bitwa morska" trzymała w niepewności niemieckich kibiców przez wiele minut. Na ławce trener Helmut Schoen palił nerwowo papierosa za papierosem, wielki strach zaglądał w oczy faworytom.

W końcu, w 76 min., mistrz "cichych bramek" - Gerd Mueller - wepchnął piłkę do polskiej bramki. Nie pomogła "Biało-czerwonym" brawurowa obrona karnego przez Jana Tomaszewskiego (strzelał Uli Hoeness) i musieli pogodzić się z losem, który wyraźnie sprzyjał gospodarzom.

W meczu o trzecie miejsce Polska pokonała bezbarwnych następców "tricampiones" - Brazylijczyków (1-0, gol Grzegorza Laty, króla strzelców turnieju - 7 bramek).

Finałowym przeciwnikiem RFN miała być Holandia, której futbolowi totalnemu nie mógł sprostać żaden z dotychczasowych rywali, a Johan Cruyff wyrastał na osobowość numer jeden światowego futbolu.

Nim widzowie usadowili się na swych miejscach, już w pierwszej minucie sędzia angielski Taylor nie zawahał się podyktować karnego przeciw RFN. Neeskens pewnie zdobył prowadzenie dla "Pomarańczowych". Jakby dla wyrównania szans, w 25. minucie wskazał na punkt 11 metra po holenderskiej stronie boiska. Breitner nie zawiódł i było 1-1.

Nadzieje Niemców odżyły, a gdy w 43. minucie "król pola karnego" Mueller zmylił olbrzymiego bramkarza Jongbloeda. Było 2-1. W drugiej połowie walka była, ale widowiska - nie. Cruyff i jego koledzy nie mogli pokonać doskonale i szczęśliwie broniącego Seppa Maiera. Najlepszy piłkarz Europy i najefektowniejszy zespół kontynentu musiał zadowolić się drugim miejscem. Gospodarze osiągnęli swój cel, znów - po 20 latach - byli mistrzami świata.

Za bilet na finał mundialu w Argentynie w 1978 roku, w którym gospodarze spotkali się z Holendrami a trzeba było zapłacić na czarnym rynku 1000 dolarów. Już po kilku minutach murawę boiska pokryła barwna mozaika papierowych konfetti. Rytmiczny krzyk "Ar-gen-tina, Ar-gen-tina!" niósł się nad Buenos Aires, jak zawsze, gdy grali błękitno-biali (albicelestes). Mecz nie był pięknym widowiskiem, wręcz rozczarował koneserów, ale emocji nie brakowało. Po dogrywce miejscowi zwyciężyli 3-1.

Argentyńscy kibice nosili swych bohaterów na rękach, a kapitan Daniel Passarella ucałował Złotą Nike. Holendrzy znowu przegrali w finale i po raz kolejny z gospodarzami.

Bohaterem mundialu w 1982 roku w Hiszpanii był Paolo Rossi, powołany do reprezentacji po półtorarocznym rozbracie z futbolem, który był skutkiem dyskwalifikacji za udział w słynnej aferze "totonero" - czarnego totka. Zaczął ospale i nieskutecznie, a trener Enzo Bearzot zbierał połajanki za wystawianie do składu "zgasłej gwiazdy", jak o Rossim pisała prasa.

I oto wielka metamorfoza! W drugiej rundzie Włochy wygrali z broniącą tytułu Argentyną 2-1, a dwa dni później z niepokonaną dotąd Brazylią 3-2, po hat-tricku Rossiego. Ten mecz przewyższył swą dramaturgią i poziomem wszystkie inne, łącznie z finałem. Włosi, w hiszpańskim upale, przypominającym klimat Ameryki Południowej, upokorzyli faworytów.

W półfinale rywalem Italii była po raz drugi w tym turnieju Polska (w grupie 0-0). Paolito nie miał godnego siebie rywala w osobie Zbigniewa Bońka, który pauzował za dwie żółte kartki i zdobył dwie bramki. Z siedmioma został królem strzelców, a w finale Włosi pokonali Niemców 3-1.

Popisy piłkarzy w MŚ w 1986 roku w Meksyku znalazły się w cieniu... ręki. "Boskiej ręki" Diego Maradony.

Ćwierćfinał Argentyna - Anglia określano jako rewanż za Falkladny - Malwiny. Zamiast wyciszyć spory, waśnie między tymi narodami odżyły na nowo. Idol Argentyny, niewysoki i krępy (168 cm, 65 kg) Maradona jak rasowy, angielski napastnik wyskoczył do piłki i... pomagając sobie ręką przerzucił ją nad wysuniętym przed bramkę Peterem Shiltonem.

Wielu dostrzegło ten sprytny ruch, w tym oczywiście wszyscy Anglicy, ale na ich nieszczęście nie widział tego tunezyjski sędzia. W taki dość oryginalny sposób Argentyna objęła prowadzenie. Maradona głosił potem, iż była to "jego głowa i ręka Boga" (w domyśle - boska ręka karząca nieprawości Anglików...). Druga bramka była już własnym majstersztykiem Diego, co przyznał nawet angielski trener Bobby Robson - minął na 20 metrach czterech Anglików jakby to były tyczki slalomowe, zwodem posadził Petera Shiltona na murawie i dokonał bezlitosnej egzekucji - 2-0. Identyczny wynik "załatwił" Maradona w meczu z Belgią.

Przed finałem Niemcy zadawali sobie tylko jedno pytanie - kto i jak zatrzyma Maradonę? Kandydatem na "plastra" był jego dobry znajomy z ligi włoskiej, były dziesięcioboista Hans-Peter Briegel. Inni zastanawiali się, czy niemiecka maszyna piłkarska potrafi unieruchomić i obezwładnić wirtuoza, mając w pamięci słowa Puskasa, który twierdził, że w futbolu potrzebny jest wielki muzyk, który potrafi grać na fortepianie, a pozostali powinni mu ten instrument przynieść...

I Niemcy pilnowali "solisty", a bramki strzelali jego "akompaniatorzy". Tym razem idol grał dla zespołu. Argentyńczycy wygrali 2-0.

Maradona powtórkę z show zapowiedział na boiskach we Włoszech cztery lata później.

W pierwszej połowie meczu z ZSRR w Neapolu "boski" Diego zatrzymał ręką, z wprawą fachowca nabytą w poprzednich mistrzostwach, piłkę szybującą do bramki jego drużyny. Szwedzki sędzia Erik Fredrikson, stojący kilka metrów od "zastępującego" bramkarza Maradony, nie zareagował i nie podyktował rzutu karnego. W ten niechlubny sposób zakończył swą międzynarodową karierę sędziowską. A koleżeńska pomoc przydała się rezerwowemu bramkarzowi reprezentacji Argentyny, gdyż numer jeden w tej ekipie Nery Pumpido został zniesiony z boiska na noszach w 10. minucie gry.

Argentyna "przeczołgała się" do finału, na który przybyła wdowa po byłym prezydencie kraju Isabel Peron. W nie najlepszym, jeśli chodzi o poziom, meczu finałowym Niemcy mieli więcej szczęścia niż umiejętności i wygrali 1-0.

Zmienne w nastrojach, kapryśne widownie włoskich stadionów, liczące na tytuł mistrzowski dla rodaków, traktowały Maradonę jak pokonanego gladiatora. Każde jego dojście do piłki wzmagało gwizdy i nieprzychylny dla niego szum trybun. Gdy odbierał srebrny medal - też gwizdano. Idol upokorzony połykał "srebrne łzy" na oczach całego świata. On, który mógł myśleć o sobie jak o spadkobiercy sławy Pelego, musiał wypić kielich goryczy, choć bez niego Argentyńczycy srebra by nie mieli.

Jakby mu było mało 33-letni piłkarz zapowiedział pokaz gry na mistrzostwach świata w USA. Kiedyś trener Carlos Bilardo powiedział, że lepszy utykający Diego niż dziesięciu innych, zdrowych zawodników. Maradona w Ameryce wrócił i zaczął w wielkim stylu, zdobywając gola w wygranym 4-0 spotkaniu z USA. Po meczu z Nigerią świat poruszyła wiadomość, że wielki Diego został przyłapany na stosowaniu dopingu i wykluczony z turnieju.

Po porażce w finale w rzutach karnych (pierwszy taki przypadek w historii) z Brazylią zdjęcia większości gazet na całym świecie obiegły zdjęcia płaczącego Franco Baresiego. Był to jednak tylko "smuteczek" w porównaniu z rozpaczą i tragicznym losem kolumbijskiego obrońcy Andresa Escobara, który w meczu z USA (1-2) strzelił bramkę samobójczą.

Jeszcze trwały mistrzostwa, gdy oszalały z nienawiści kibic zastrzelił 27-letniego piłkarza z rewolweru, krzycząc przy każdym strzale "goool, goool, goool". Działo się to nocą, 10 dni po meczu w Pasadenie. Było to jedyne samobójcze trafienie w tym turnieju, a później okrutna zbrodnia w "futbolowym afekcie", bez szans na zrozumienie, a tym bardziej usprawiedliwienie fanatyzmem piłkarskim, powszechnym w krajach Ameryki Łacińskiej, o którym tak pisał Gabriel Garcia Marquez- "futbol to więcej niż miłość, życie i śmierć, bo futbol to wszystko".

Na amerykańskich boiskach doszło również do precedensu. Faul Mauro Tassottiego na Luisie Enrique w meczu Włochy - Hiszpania, niezauważony przez sędziego Sandora Puhla z Węgier, został zarejestrowany przez kamerę i na tej podstawie Komisja Dyscyplinarna FIFA ukarała obrońcę Italii, odsuwając go od udziału w ośmiu meczach reprezentacji.

Francuzi wykorzystali atut własnych stadionów i wygrali 16. turniej mistrzostw świata. Zanim jednak dotarli do tego finału męczyli się w II rundzie z Paragwajem i dopiero w dogrywce zdołali strzelić "złotego gola". W ćwierćfinale wygrali dopiero w serii rzutów karnych z Włochami (4-3). W meczu półfinałowym z rewelacją turnieju Chorwacją, obrońca Lilian Thuram "uratował" późniejszych mistrzów świata, strzelając dwa gole, przy prowadzeniu 1-0 rywali.

Na kilkanaście godzin przed finałem asa brazylijskiej reprezentacji - Ronaldo - zabrała do szpitala karetka, wezwana do kwatery "canarinhos". W składzie na finał z gospodarzami turnieju z początku brakowało nazwiska Ronaldo Luiza Nazario Limy. Jakież było zdumienie dziennikarzy i kibiców, gdy jednak pojawił się na rozgrzewce. W końcu zagrał w ataku, mając za partnera Bebeto. Jednak był "cieniem" samego siebie; powolny, ospały, bez formy. Francuzi, za sprawą Zinedine Zidane'a (2 gole, oba głową) oraz Emmanuela Petita wygrali gładko 3-0 z wielkim faworytem.

Po mistrzostwach trwały domysły, co stało się z Ronaldo. Część prawdy ujawniono. Oto Ronaldo miał mieć nad ranem konwulsje wyglądające jak atak epilepsji. W szpitalu przeszedł gruntowne badania, łącznie z rezonansem mózgu... Trener Mario Zagalo, po gorączkowych naradach w ostatniej chwili włączył do drużyny piłkarza, który jeszcze rano niemal "umierał". Podobno zrobił to pod naciskiem firmy Nike, z którą Ronaldo wiązał kontrakt reklamowy. Niektórzy komentatorzy nazwali finał meczem Adidas - Nike, w którym górą była niemiecka firma.

W 2002 roku po raz pierwszy mistrzostwa odbyły się w dwóch krajach, w Korei Południowej i Japonii, wcześniej bezpardonowo rywalizujących o tę imprezę.

Zaczęło się tradycyjnie meczem obrońcy tytułu, Francji z Senegalem. I doszło do sensacji, jakiej dotąd w mistrzostwach świata nie było. Mistrzowie świata przegrali z rywalem z Afryki 0-1. Francuzi mogli tłumaczyć tę porażkę nieobecności kontuzjowanego Zinedine'a Zidane'a. Właściwie to "Trójkolorowi" ulegli reprezentacji francuskiej ligi, bo w kadrze Senegalu było 20 piłkarzy z Ligue 1. Trenerem przeciwników był... Francuz Bruno Metsu.

Potem z Francją nie działo się lepiej. Nadal bez Zidane'a zaledwie zremisowała z Urugwajem (0-0), a Thierry Henry, wschodząca gwiazda drużyny, zobaczył czerwoną kartkę. Na trzeci mecz w grupie A z Danią wrócił z odsieczą "Zizou", ale i on już niewiele pomógł... "Les Bleus" przegrali 0-2 i obrońcy tytułu nie wyszli z grupy, nie strzelając nawet gola.

W finale Brazylia zwyciężyła Niemcy 2-0, doprowadzając do rozpaczy bramkarza Olivera Kahna. Canarinhos zdobyli piąty tytuł mistrzowski. Odrodzony Ronaldo został królem strzelców mistrzostw świata - osiem goli i najskuteczniejszym piłkarzem w historii tego turnieju - 15 goli w 19 meczach.

Finał mundialu sprzed czterech lat Francja - Włochy miał być godnym pożegnaniem 34-letniego "Zizou" z reprezentacją i postawić go w rzędzie takich legend futbolu, jak Pele i Maradona. Zaczęło się od prowadzenia Francji - w siódmej minucie Zidane pokonał Buffona z rzutu karnego. Faulującym był obrońca Marco Materazzi, który w 19. minucie strzelił głową wyrównującego gola.

W dogrywce doszło do incydentu, o którym potem mówił cały świat, a który być może zaważył na wyniku całego meczu. Materazzi starł się z Zidane'em na środku boiska, ale po chwili obaj oddalili się od siebie... Nagle Zidane zawrócił i "walnął z byka" w pierś Włocha, a potem przyglądał się spokojnie jak rywal wije się z bólu" powalony na murawę.

Spekulowano, co tak zdenerwowało Francuza, że dopuścił się brutalnego zagrania. Dziś niemal na pewno wiadomo, że Materazzi powiedział coś obraźliwego o siostrze Zidane'a, który pochodzi z rodziny algierskich emigrantów i niepochlebne słowa Włocha o bliskich wyprowadziły go z równowagi.

Sędzia Horacio Elizondo nie widział incydentu, ale powiadomił go sędzia techniczny. Po konsultacji z liniowymi, arbiter pokazał Francuzowi czerwoną kartkę. Zelżony idol Francuzów schodził z boiska obok stojącego na stoliku Pucharu Świata, tak upragnionego przez jego drużynę, ale też z przekonaniem, że musiał tak postąpić w obronie honoru siostry.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje