Reklama

Reklama

"Ziółek" wiedział, że to koks

Sprawiedliwości stało się zadość - to pierwsze słowa Szymona Ziółkowskiego na wiadomość, że za stosowanie niedozwolonych środków olimpijskie medale będą musieli prawdopodobnie zwrócić dwaj Białorusini rzucający młotem - Wadim Diewiatowski (srebrny) oraz Iwan Tichon (brązowy).

- Byłem o tym święcie przekonany. Mówiłem już w czerwcu, że gdzieś muszą zostać przyłapani. Jak nie przed igrzyskami, to w Pekinie. Dla trzykrotnego mistrza świata, Iwana, ta wpadka jest kompromitacją, a Wadim dostanie dożywotnią dyskwalifikację, gdyż miał już pozytywny wynik kontroli w 2000 roku przed startem w igrzyskach w Sydney, gdzie zdobyłem złoty medal - powiedział Ziółkowski.

Reklama

Jego zdziwienie budził sposób przygotowań do olimpiady Tichona. - Nikt przy zdrowych zmysłach nie siedzi w kraju, rezygnując z udziału w mityngach i tym samym zarobienia chociażby tysiąca dolarów. Tymczasem Iwan wystartował w sezonie tylko w mistrzostwach Białorusi, uzyskując najlepszy wynik na świecie 84,51, a potem dopiero w kwalifikacjach do finału pekińskiego konkursu - wspomniał popularny w lekkoatletycznym środowisku "Ziółek".

Zawodnik AZS Poznań czeka na oficjalne potwierdzenie wiadomości przez MKOl i IAAF o "koksie" Białorusinów, a wówczas "pójdę pod drzwi ich rodaka Piotra Zajcewa i ..." - zapowiedział w rozmowie z PAP. Skąd ta złość w stosunku do trenera, z którym poznaniak współpracował od lutego 2004 do kwietnia tego roku?

- No cóż, człowiek uczy się na błędach - mogę tak to tłumaczyć, albo innym porzekadłem - mądry Polak po szkodzie. Wprawdzie Zajcew nigdy nie zaproponował mi niedozwolonego wspomagania, ale realizując jego plany szkoleniowe, nie widziałem efektów pracy, i to bardzo ciężkiej. W kwietniu, jak zobaczyłem kolejną rozpiskę, zapytałem: czy ten plan da się wykonać bez koksu? - Zajcew nic nie odpowiedział, tylko głupio się uśmiechnął i to był koniec naszej współpracy - wyjaśnił Ziółkowski.

Dodał również, że już wcześniej miał zastrzeżenia co do planów układanych przez Zajcewa. Ten jednak twierdził, że są one bardzo dobre i sprawdzone. - Jak dociekałem, na kim są sprawdzone bez użycia koksu, nigdy nie odpowiedział, a tylko uśmiechał się.

Szymon Ziółkowski nadmienił, że podczas obozów dowiedział się pokątnie o "czarnej kasie", jaka jest w białoruskiej federacji lekkoatletycznej.

- Jak ktoś nie chce być badany, raz w roku daje odpowiednią do zarobków działkę i dalej go już nic nie obchodzi. No i nie jest badany, albo dostaje cynk i ulatnia się. Tak było na przykład z Diewiatowskim. W 2004 roku ja, Wojtek Kondratowicz i Kamila Skolimowska pojechaliśmy na obóz do Nowopołocka, skąd pochodzi Wadim. Nagle oznajmił, że musi udać się do Moskwy. Nie było go przez dobę, a w tym czasie pojawiła się komisja antydopingowa. Jak wrócił, to nawet nie wiedział, ile kosztuje bilet kolejowy z Moskwy, a mówił nam, że jechał pociągiem - wspomniał poznaniak.

Dziwne też było dla niego przybycie "za pięć dwunasta" do wioski olimpijskiej Diewiatowskiego i Tichona. - Przylecieli z Mińska w przededniu kwalifikacji o godzinie czternastej i na drugi dzień poszli rzucać na stadion bez aklimatyzacji - nadmienił Ziółkowski.

W pamięci ma także odpowiedź Tichona na jego pytanie: "co to za ślady kłucia na pępku?", który oznajmił, że to od klamry paska...

Jak podała w środę rosyjska agencja Allsport, a także japońska Kyodo, w moczu Diewiatowskiego oraz Tichona wykryto testosteron. Jeśli informacja potwierdzi się, to srebrny medal otrzyma Węgier Krisztian Pars, a brązowy Japończyk Koji Murofushi, natomiast Ziółkowski przesunie się na piąte miejsce.

Dowiedz się więcej na temat: Iwan | ziółkowski | koks

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje