Reklama

Reklama

Piotr Nurowski nie żyje. Justyna Kowalczyk ma osobiste wspomnienia z nieodżałowanym prezesem PKOl

To już dziesięć lat od chwili, gdy polski sport poniósł niepowetowaną stratę. W katastrofie rządowego samolotu w Smoleńsku zginęło 96 najważniejszych osób w państwie, a wśród nich pierwszy działacz sportowy w kraju, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski. Wielką pustkę po śmierci tego wyjątkowego szefa odczuwa wielu naszych sportowców największego formatu, w tym wybitna biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk.

Kochał sport, czuł ducha szlachetnego współzawodnictwa oraz szanował sportowców. Dobro zawodniczek i zawodników było dla niego najwyższym priorytetem. Tak jak kiedyś on troszczył się o sportowców, a swoją etyczną postawą budował z nimi silne relacje, tak dzisiaj oni, z własnej i nieprzymuszonej woli, pielęgnują jego pamięć, malując przy tym portret niezwykłego szefa PKOl. Społecznika i działacza. Dyplomaty i przedsiębiorcy. Nurowski był także współtwórcą Telewizji Polsat, ale przy tych wszystkich aktywnościach cały czas serce oddawał sportowi. Z wzajemnością. Najpierw był prezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, a od 2005 roku zasiadał na fotelu szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Reklama

W gronie sportowców, którzy ciągle odczuwają wielką pustkę po jego nagłym odejściu, jest Justyna Kowalczyk. Nasza multimedalista igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata poznała Nurowskiego jeszcze w okresie, gdy nikt nie mógł przypuszczać, że stanie się jedną z najznakomitszych biegaczek narciarskich.

Więcej, tamten czas był dla naszej sportsmenki wyjątkowo okrutny, bo wówczas cierpiała dyskwalifikację z powodu wykrycia w jej organizmie niedozwolonego środka. Karę dwóch lat ostatecznie złagodzono do 6 miesięcy, jednak niewielu jest ludzi, którzy w takim momencie próby nie skreślają zawodnika. Zwłaszcza nie rzucą na pożarcie takiego, którego nie "bronią" wybitne wyniki.

Wtedy taką osobą był Nurowski, o czym Kowalczyk wspomniała w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". - To było przed igrzyskami w Turynie. Byłam wtedy zdyskwalifikowana i przyjechałam z trenerem Aleksandrem Wierietielnym do Warszawy. Najpierw byliśmy u doktora Roberta Śmigielskiego, a później w Polskim Komitecie Olimpijskim. Chciałam wszystko wytłumaczyć. Jakoś tak to się zaczęło, że prezes bardzo we mnie uwierzył, zorganizował sponsora, czyli firmę Rafako, z którą współpracowałam niemal do końca kariery - opowiedziała nasza "Królowa Nart" z Kasiny Wielkiej.

Kowalczyk nigdy nie zapomni tej pomocy, którą w tamtym okresie otrzymała. Niedozwolona substancja w organizmie była przecież faktem, ale...

- Może dostrzegł i uwierzył, że nie znalazła się tam celowo. Chciał pomóc i to było dla mnie bardzo ważne. Nie miałam przecież wielkich wyników, a oberwało mi się z wielu stron. Takie wsparcie od prezesa PKOl, a nie mówię nawet o wsparciu finansowym, było niezwykle istotne. (...) Jestem pewna, że prezes bardzo mnie lubił. Nie tylko jako sportowca, ale i człowieka. Wiele razy dostawałam takie sygnały. Wielokrotnie mówił mi o życiu prywatnym, dawał rady i pewnie wtedy naprawdę bardzo się ucieszył - opowiada nasza mistrzyni.

Kowalczyk do dziś żałuje, że nie mogła uczestniczyć w ostatniej drodze prezesa, jednak w tamtym czasie przebywała w dalekiej Kamczatce i, z dnia na dzień, nie była w stanie przyjechać do Warszawy. Choć mistrzyni nie była obecna ciałem, to stanęła na wysokości zadania i przysłała poruszający list, który został odczytany podczas pogrzebu.

W swoim stylu Kowalczyk dziękowała za wszystko, ale też wytknęła prezesowi pewną wadę w postępowaniu, przez którą sportowcy, z dnia na dzień, zostali osamotnieni i osieroceni. "Chciał Pan nas - sportowców - we wszystkim wyręczać. Pomagał nam aż za bardzo. Nie nauczył samodzielności. Bo cóż my teraz poczniemy? Nie jesteśmy na to przygotowani!"

Łzy same napływały do oczu...

AG

Dowiedz się więcej na temat: Justyna Kowalczyk | piotr nurowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje