Reklama

Reklama

Wimbledon: Andy Murray nie obroni trofeum!

Andy Murray nie obroni tytułu w tenisowym wielkoszlemowym Wimbledonie, który odbywa się w Londynie. Zwycięzca z ubiegłego roku i numer jeden na świecie przegrał w środowym ćwierćfinale z Amerykaninem Samem Querreyem 6:3, 4:6, 7:6, 1:6, 1:6 i kontuzją, która towarzyszy mu już od dłuższego czasu. Swojego meczu nie dokończył Novak Djoković.

Na pewno na wielki szacunek zasługuje to, że pomimo nasilającego się bólu w nodze, który sprawił, że w ostatnich gemach wręcz utykał, nie zszedł z kortu przed czasem.

Reklama

- Nie chciałem zawieść widowni, która przyszła mnie dopingować, ale też tenis nauczył mnie tego, że nigdy nie wolno się łatwo poddawać. Zawsze jest szansa, zawsze trzeba próbować. Dzisiaj się nie udało, ale wiem, że zrobiłem wszystko, co tylko mogłem. Teraz pewnie zrobię sobie dłuższą przerwę od turniejów i treningów, skupiając się na wyleczeniu nogi. Trudno było na to znaleźć czas w ostatnich tygodniach, bo w kalendarzu były dwa Wielkie Szlemy, ale teraz czas już się skoncentrować na zdrowiu, bo chciałbym zagrać w pełni sił w US Open - mówił dziennikarzom Murray, który ma w dorobku dwa zwycięstwa w Wimbledonie, odniesione w latach 2013 i 2016.

W jego wielkoszlemowym dorobku znaleźć można również triumf właśnie w US Open w 2012 roku, a także osiem przegranych finałów, w tym aż pięć w Australian Open (2010-11, 2013, 2015-16) i po jednym w Wimbledonie (2012), Rolandzie Garrosie (2016) i Nowym Jorku (2008).

Szkocki tenisista od wiosny narzeka na dolegliwości, a właściwie na niedoleczoną kontuzję biodra. Ten temat praktycznie od ponad dwóch tygodni nie znika z łamów brytyjskiej prasy, która cały czas wyrażała zaniepokojenie jego zdrowiu, śledząc każdy grymas bólu na twarzy, każde najmniejsze niefortunne stąpnięcie na korcie.

Niepowodzenie Murraya w ćwierćfinale nadeszło dzień po ogromnej euforii miejscowych kibiców i dziennikarzy, jaką zapewniła im Johanna Konta. Rozstawiona z numerem szóstym Brytyjka we wtorek wieczorem wyeliminowała w trzysetowym meczu Rumunkę Simonę Halep, pozbawiając ją szansy na objęcie w najbliższy poniedziałek prowadzenia w rankingu WTA Tour, po Niemce polskiego pochodzenia Angelique Kerber. Nową numer jeden na świcie, już 23. W historii klasyfikacji, została w tej sytuacji Czeszka Karolina Pliszkova, choć odpadła w Londynie już w drugiej rundzie.

Jednak to nie nowa liderka zawładnęła środowymi wydaniami angielskiej prasy, lecz Konta, która jest pierwszą Brytyjką w półfinale Wimbledonu od legendarnej Wirgini Wade, która dokonała tego po raz ostatni w 1978 roku. W czwartek po południu na drodze największej obecnie nadziei w kobiecym tenisie na Wyspach stanie Amerykanka Venus Williams, pięciokrotna mistrzyni tej imprezy (z lat 2000-01, 2005 i 2007-08).

Być może ona zdoła, choć trochę, osłodzić miejscowym kibicom odpadnięcie Murraya, choć zadanie przed nią jest bardzo trudne. To będzie dopiero drugi wielkoszlemowym finał w karierze Konty, bowiem pierwszy osiągnęła przed rokiem w Australian Open. Drugą finalistkę wyłoni spotkanie Hiszpanki Garbine Muguruzy, finalistki sprzed dwóch lat, ze Słowaczką Maddaleną Rybarikovą.

Wracając do Querreya, to warto przypomnieć, że już po raz drugi z rzędu na wimbledońskiej trawie odprawił z kwitkiem zawodnika prowadzącego w rankingu ATP World Tour i zarazem triumfatora poprzedniej edycji. Przed rokiem udało mu się to już w trzeciej rundzie The Championships, w której okazał się lepszy od Serba Novaka Djokovicia.

Wówczas jednak Amerykanin zakończył występ w ćwierćfinale, choć był to i tak jego najlepszy wynik w tej imprezie, ale i w Wielkim Szlemie. Tym razem go poprawił.

- Jestem postrachem rankingowych "jedynek"? No żartujecie chyba, spokojnie, bo nie będą chcieli przeciwko mnie więcej grać w Wielkim Szlemie! - powiedział ze śmiechem Querrey na pomeczowej konferencji prasowej.

- Cóż, trudno opanować emocje po takim meczu, po tym jak pierwszy raz wygrałem w wielkoszlemowym ćwierćfinale, ale na pewno cieszę się, że wreszcie mi się to udało. Nie wiem, dlaczego dotychczas w turniejach Wielkiego Szlema nie wiodło mi się najlepiej, ale być może późno do tego dojrzałem. W sumie zawsze lepiej późno niż wcale - dodał Amerykanin, który teraz spotka się z Chorwatem Marinem Cziliciem.

W środę rozstawiony z numerem siódmym Czilić przerwał bajeczny sen Gilles'a Muellera (16.), który rundę wcześniej wyeliminował w pięciosetowym maratonie - zakończonym wynikiem 15:13 w decydującej partii - Hiszpana Rafaela Nadala (4.). Dzień przerwy na pewno był zbawienny, ale niewystarczający, bo w ćwierćfinale trochę brakło mu siły, ale zanim się pożegnał z turniejem, postawił rywalowi wysoko poprzeczkę.

Czilić dopiero w trzecim secie zdołał przełamać serwis rywala, który do tego momentu wygrał kolejnych 31 gemów przy własnym podaniu. Ostatecznie Chorwat wygrał spotkanie 3:6, 7:6 (8-6), 7:5, 5:7, 6:1, po trzyipółgodzinnej walce dosłownie o każdy punkt.

- Dawno już nie grałem meczu o takim poziomie intensywności i tak zaciętego. Właściwie przez cztery sety nie byłem w stanie wziąć głębszego oddechu. Dopiero w ostatnim widziałem, że on zaczyna mieć mały kryzys kondycyjny, więc się w pełni zmobilizowałem, żeby docisnąć go do muru. No i udało się, choć teraz marze o solidnym odpoczynku. Przyda mi się przed kolejnym meczem - powiedział Czilić, który w Wimbledonie w trzech ostatnich sezonach odpadał właśnie w 1/4 finału.

Jego największym osiągnięciem w Wielkim Szlemie jest jednak triumf w US Open z 2014 roku, a w kolejnym sezonie dotarł tam jeszcze do półfinału.

Poznaliśmy też drugą parę półfinałową. Na korcie centralnym Szwajcar Roger Federer (3.) wygrał z Kanadyjczykiem Milosem Raonicem (6.) 6:4, 6:2, 7:6 (7-4), a na korcie numer 1. Serb Novak Djoković (2.) uległ Czechowi Tomaszowi Berdychowi (11.). Djoković przegrał pierwszego seta 6:7, w drugim przegrywał 0:2, kiedy zrezygnował z powodu urazu barku, który dokuczał mu wcześniej.

Po południu do półfinału The Championships 2017 awansował polsko-brazylijski debel Łukasz Kubot i Marcelo Melo (4.), pokonując brytyjskich braci Kena i Neala Skupskich 7:6 (13-11), 6:4, 6:4. To dwunasty z rzędu wygrany mecz liderów rankingu najlepszych par sezonu ATP Doubles Race to London na trawiastej nawierzchni, na której w tym roku są niepokonani.

Przed przyjazdem do Londynu triumfowali bowiem w turniejach ATP w holenderskim s’Hertogenbosch i niemieckim Halle. Kolejnymi rywalami Kubota i Melo będą nieoczekiwani triumfatorzy styczniowego Australian Open - Fin Fin Henri Kontinen i Australijczyk John Peers, najwyżej rozstawieni w drabince.

Polak po raz pierwszy w Wimbledonie wystąpi w półfinale debla, za to jego partner już po raz trzeci. Za pierwszym razem dotarł tak daleko w 2007 roku, a w 2013 r. przegrał tu dopiero w finale.

W drugiej parze półfinałowej rywalizacji deblistów zagrają rozstawieni z numerem 16. Austriak Oliver Marach i Chorwat Mate Pavić oraz chorwacki duet Nikola Mekitić i Franko Szkugor.

Środa okazała się pechowa dla jedynej polskiej juniorki w tegorocznym Wimbledonie. Maja Chwalińska najpierw poniosła porażkę w trzeciej rundzie singla z Amerykanką Ann Li 6:7 (2-7), 2:6. Nasteępnie, po regulaminowej przerwie na odpoczynek, odpadła w pierwszej w deblu, razem z Amerykanką Hurricane Tyrą Black. Przegrały z rozstawionymi z numerem siódmym Rosjankami Aminą Anszbą i Jeleną Rybakiną 6:4, 0:6, 2:6.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Półfinały gry pojedynczej:

Sam Querrey (USA, 24.) - Andy Murray (W. Brytania, 1.) 3:6, 6:4, 6:7 (4-7), 6:1, 6:1

Marin Czilić (Chorwacja, 7.) - Gilles Mueller (Luksemburg, 16.) 3:6, 7:6 (8-6), 7:5, 5:7, 6:1

Tomasz Berdych (Czechy, 11.) - Novak Djoković (Serbia, 2.) 7:6 (7-2), 2-0, krecz Djokovicia

Roger Federer (Szwajcaria, 3.) - Milos Raonic (Kanada, 6.) 6:4, 6:2, 7:6 (7-4)

Dowiedz się więcej na temat: Wimbledon | Andy Murray

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje