Reklama

Reklama

Antoni Piechniczek: Cieszę się, że mundial jest już w przyszłym roku

- Muszę się przyznać, że nigdy nie miałem dotąd tyle czasu, żeby oglądać te wszystkie mecze podczas Euro. Nigdy nie cieszyłem się każdym kolejnym dniem, dlatego, że przynosił kolejne spotkania. "Dziś znowu mecz, a nawet dwa, czasem jeszcze więcej!" To było bardzo przyjemne - mówi były selekcjoner reprezentacji Polski Antoni Piechniczek w rozmowie z Interią.

Euro 2020 przeszło do historii. Antoni Piechniczek śledził je uważnie.

Paweł Czado: Co się panu podczas tych mistrzostw podobało?

Antoni Piechniczek:
- Poziom sportowy. Nie było słabych zespołów, które dostawałyby po 6-0, 7-0. Każdy mecz miał własną dramaturgię, każdy mecz miał własną stawkę. Żeby wygrać trzeba było się napracować, namęczyć. Wszystkie reprezentacje były dobrze przygotowane. Nasza też. Odpadła w grupie, ale na pewno nie można powiedzieć, żebyśmy się skompromitowali. Tym razem nasz ostatni mecz był o coś, o wyjście z grupy, a nie tylko o honor. 

Podobało mi się olbrzymie zainteresowanie ze strony kibiców mimo utrudnień ze zrozumiałych względów. Muszę się przyznać, że nigdy nie miałem dotąd tyle czasu, żeby oglądać te wszystkie mecze podczas Euro. Nigdy nie cieszyłem się każdym kolejnym dniem, dlatego, że przynosił kolejne spotkania. "Dziś znowu mecz, a nawet dwa, czasem jeszcze więcej!" To było bardzo przyjemne.

Reklama

Sposób gry panu się podobał?

- Jedną z zalet była łatwość przechodzenia z jednego systemu w inny, zmienianie tego w razie potrzeby. Podobała mi się także uniwersalność zawodników, w razie potrzeby potrafili grać na różnych pozycjach, co najmniej na dwóch czasem nawet na trzech. Będę ten turniej wspominał dobrze. Możemy cieszyć się z jednego: już w przyszłym roku mistrzostwa świata! Będzie co oglądać.

Ale było coś co panu się nie podobało?

- Jestem zwolennikiem całkowitego oddzielenia piłki nożnej od spraw światopoglądowych, politycznych i innych. Dlatego nie podobało mi się eksponowanie tęczowych kolorów przed niektórymi meczami, nie podobało mi się, że specjalny samochodzik [Tiny Football Car, przyp. red.], który dostarczył piłkę przed pierwszym gwizdkiem sędziego w finale, został pomalowany w tęczowe barwy. Tak samo opaski kapitańskie, choćby Neuera, w tych samych kolorach. Pewnie ktoś mu to wymyślił. Wielkim honorem jest być kapitanem reprezentacji Niemiec i trudno mi akceptować, że te kwestie mogą być traktowane jak prywatny folwark.

A sędziowanie?

- Przyznam, że momentami mnie bulwersowało. Nie rozumiem tego, ale trzy rodzaje przewinień były moim zdaniem przez arbitrów zbyt pobłażliwie traktowane. Po pierwsze: jak można atakować z tyłu faceta wślizgiem, zrobić mu krzywdę, a sędzia nie pokazuje nawet żółtej kartki w sytuacji, kiedy nawet czerwona nie byłaby nadużyciem? Po drugie: wszyscy są dziś mistrzami gry w powietrzu i z łokcia walą w twarz. A potem pełno rozbitych nosów i łuków brwiowych. To jest od razu kartka! Po trzecie: wejście podeszwą i naciśnięcie korka na stopę lub śródstopie rywala. Gracz manewruje piłką, a jego rywal się nie pieści, tylko od razu blokuje stopę przeciwnika w nieprawidłowy sposób.

Zwrócił pan uwagę na jakiś konkretny mecz?

Byłem na tym turnieju za Duńczykami, ale w meczu z Anglikami kopali ile wlezie, widziałem tam rekordową liczbę fauli z ich strony. Jak tylko Anglik ograł któregoś Duńczyka, od razu był wgniatany w glebę. A nikt o tym głośno nie mówił, bo Dania budziła powszechną sympatię...


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy