Reklama

Reklama

Paweł Dawidowicz zostaje w Benfice Lizbona

Paweł Dawidowicz wraca do zdrowia po kontuzji i twierdzi, że chce podjąć walkę o przebicie się do pierwszego zespołu Benfiki Lizbona.

Wbrew wcześniejszym zamiarom, polski piłkarz nie planuje opuścić szeregów mistrza Portugalii.

Zawodnik polskiej młodzieżówki po pół roku od wylądowania w Lizbonie czuje się coraz lepiej na południowo-zachodnim krańcu Europy. Wprawdzie nadal nie mówi biegle po portugalsku, ale zaangażowania w naukę nie można mu odmówić. Dwa razy w tygodniu przemierza ponad 35 km na indywidualne zajęcia językowe.

- Nie jest to łatwe, bo poza udziałem w lekcjach muszę jeszcze znaleźć czas na odrobienie pracy domowej. Wolnego wprawdzie nie mam za wiele, ale motywacji do nauki też mi nie brakuje, bo w zespole tylko czterech kolegów mówi po angielsku. Poza tym, trzeba też porozumiewać się na co dzień na ulicy, w restauracji czy podczas robienia zakupów - powiedział Dawidowicz.

Reklama

Wyjazdy na lekcje portugalskiego stanowią dobrą okazję do poznania Lizbony, gdyż były pomocnik Lechii Gdańsk niemal wszystkie codzienne zajęcia ma zorganizowane poza miastem, na południowym brzegu rzeki Tag, rozdzielającej stołeczną aglomerację. Mieszka na zamkniętym, należącym do klubu osiedlu w położonej nieopodal oceanu Aroeirze oddalonej o blisko pół godziny jazdy autem od centrum miasta.

- Większość dnia spędzam na treningach i zabiegach rehabilitacyjnych w pod lizbońskim ośrodku Benfiki. Nie mam zbyt wiele okazji i powodów, by jeździć na główny obiekt, czyli słynny Estadio da Luz. Wszystkie z rozegranych w tym sezonie meczów klubowych miały miejsce w Seixal, gdzie występują rezerwy albo na boiskach rywali - wyjaśnił.

Choć przyznał, że w ciągu swego dotychczasowego pobytu zrobił postępy sportowe, to jesiennej rundy nie może zaliczyć do udanych. Urazy wyeliminowały go z ponad połowy meczów ligowych i regularnych zajęć z drużyną. Dolegliwości zdrowotne to jednak nie jedyny powód zmartwień młodego zawodnika.

- Kiedy przychodziłem do klubu obiecywano mi grę w pierwszym zespole, tymczasem po kilku dniach trafiłem do rezerw. Akceptacja takich warunków nie była dla mnie łatwa i przez jakiś czas nosiłem się z zamiarem odejścia. Dziś widzę, że to był błąd. Zrozumiałem, że muszę być cierpliwszy. Wiem, że jak tylko uporam się z kontuzjami, udowodnię, że moje miejsce jest w pierwszej drużynie - zapewnił.

Pochodzący z Ostródy 19-latek nie ma kompleksów i nie przytłacza go legenda portugalskiego klubu. Zaznaczył, że mimo jesiennych niepowodzeń nie ma zamiaru się załamywać i czuje się silny psychicznie.

- Powracam już do pełni zdrowia i lada dzień zacznę ćwiczyć z drużyną. Liczę, że w nowej rundzie będę mógł pojawić się w spotkaniach aktualnego mistrza Portugalii. Nie boję się odpowiedzialności. Na pewno sobie poradzę, bo znam własne możliwości i jestem odporny na presję. Im ona większa, tym lepiej - dodał Dawidowicz.

Pomimo gry w drugoligowej Benfice B Polak trenuje często z pierwszym zespołem "Orłów". Nie może też narzekać na poziom prezentowany przez kolegów z rezerw, z którymi plasuje się aktualnie na szóstym miejscu w 24-drużynowej tabeli. U jego boku występują m.in. reprezentacyjni juniorzy z Brazylii, Portugalii i Szwecji. Lider zespołu Portugalczyk Goncalo Guedes jest od dłuższego czasu obserwowany przez czołowe kluby świata: Realu Madryt, Bayernu Monachium i Arsenalu Londyn.

Dawidowicz jest spokojny o swoją przyszłość. Wierzy nie tylko w rychłe zaproszenie od trenera Jorge'a Jesusa, ale również od Adama Nawałki. Ma niedosyt, że pomimo tegorocznego powołania na towarzyski mecz z Litwą nie zdołał zadebiutował w "dorosłej" reprezentacji.

Wychowanek Sokoła Ostróda za Polską na razie nie tęskni i nie zamierza póki co wracać do Ekstraklasy. Próbuje przywyknąć do portugalskiej mentalności nacechowanej brakiem punktualności i przesadnym niekiedy luzem, zaznaczając, że coraz swobodniej czuje się w nowym miejscu zamieszkania.

- Lubię tutejszy klimat, łagodną zimę, podczas której można trenować w naturalnych warunkach, bez konieczności odśnieżania murawy. Korzystniejsza niż w Polsce jest też atmosfera wokół piłki nożnej, a na stadiony przychodzą całe rodziny. Dobra jest też tutejsza kuchnia bogata w dania rybne, wśród których najbardziej smakuje mi suszony dorsz, zwany bacalhau - przyznał.

Z Lizbony Marcin Zatyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje