Reklama

Reklama

Robert Harting: Mój najdalszy rzut w karierze jeszcze przede mną

- Prawda jest taka, że ja w tym sporcie potrzebuję Piotra Małachowskiego, a on mnie. Bez siebie bylibyśmy na pewno słabsi i nie wzbudzalibyśmy takich emocji - powiedział Robert Harting, który zdominował rzut dyskiem.

- Prawda jest taka, że ja w tym sporcie potrzebuję Piotra Małachowskiego, a on mnie. Bez siebie bylibyśmy na pewno słabsi i nie wzbudzalibyśmy takich emocji - powiedział Robert Harting, który zdominował rzut dyskiem.

W tym sezonie dosyć dużo się u pana dzieje, ale niekoniecznie sportowo. Nowa koszulka - własnego projektu, obrona pracy magisterskiej. Ma pan jeszcze czas na treningi?

-  Tak - ten sezon jest dziwny. Postanowiłem postawić na całkowicie inne sprawy. Trochę odpuściłem. Sam to czuję, ale taki rok czasami też jest potrzebny. By jednak było jasne - traktuję sport nadal bardzo poważnie i jest dla mnie numerem jeden. Po prostu ten rok jest trochę inny, ale nie znaczy, że będzie gorszy. 

Zdecydował się pan teraz na studia?

Reklama

-  Nie, oczywiście, że nie. Studia zacząłem znacznie wcześniej, ale by zdobyć tytuł magistra w Niemczech trzeba mieć za sobą przynajmniej półroczne praktyki. Tego nie da się przeskoczyć. Każdy traktowany jest tak samo. Musiałem zatem normalnie codziennie rano chodzić do biura, wracałem do domu, jadłem i szedłem na trening. Bardzo trudno jest trenować na wysokim poziomie i pracować.

W Zurychu jednak i tak wszyscy będą czekali na pojedynek pana i Piotra Małachowskiego. Czy może ktoś jeszcze nawiązać z wami walkę?

-  Ten sezon jest dziwny nie tylko dla mnie. Piotrek ma wyraźnie techniczne problemy, ja też nie jestem wcale najlepszy. Myślę, że Piotr będzie w stanie rzucić między 68 a 69 metrów. To będzie właśnie wynik, który da zwycięstwo. Uważam, że groźni będą także Niemiec Martin Wierig i Rosjanin Wiktor Butenko.

Zakłada pan sobie jakiś konkretny wynik w Szwajcarii?

-  Trzeba powiedzieć, że koło w Zurychu jest naprawdę dobre i mogą paść znakomite rezultaty. Zwłaszcza jak jeszcze trochę powieje w odpowiednim kierunku. Oczywiście celem jest poprawienie rekordu mistrzostw Europy, który wynosi 68,87 i należy do Małachowskiego. To jest możliwe. Zresztą nie tylko ja to mogę zrobić.

Chce pan przekazać coś Małachowskiemu?

-  Piotr musi być świadomy, że interesuje mnie wyłącznie złoto. Jestem bardzo dobrze przygotowany. Jednak bardzo się cieszę już na ten pojedynek. Sport ma to do siebie, że lubi rywalizację dwóch osób - są wtedy dwa charaktery, dwa typy osobowości, można bardzo dużo marketingowo na tym zbudować. Prawda jest taka, że ja w tym sporcie potrzebuję Piotra, a on mnie. Bez siebie bylibyśmy na pewno słabsi i nie wzbudzalibyśmy takich emocji.

Przed sezonem podjął pan jeszcze jedną ryzykowną decyzję - zmienił pan trenera. Teraz ćwiczy pan pod okiem swojego dawnego rywala Torstena Schmidta. Skąd taki pomysł?

-  Przede wszystkim potrzebowałem nowych bodźców. I nie żałuję tej decyzji. Zabrzmi to banalnie, ale pierwszy raz od lat przygotowywałem się do sezonu bez bólu. Myślałem, że nie jest to możliwe. Całkowicie inaczej zacząłem do wszystkiego podchodzić. Nie mam już narzuconego takiego rygoru. Teraz po zawodach siadam z innymi z reprezentacji, rozmawiam, kibicuję. Kiedyś było to niemożliwe. Miałem do głowy wkładane, że mi nie wolno. Ciągle czegoś mi zakazywano. Teraz struktura motywacji jest całkowicie inna.

Wiele się zmieniło w treningu?

-  Może nie jakoś bardzo dużo, ale przede wszystkim teraz reagujemy na pewne sprawy. Jak boli, to tego nie robimy, a kiedyś słyszałem, że musi boleć. Teraz po prostu zmieniamy ćwiczenie. Szukamy, eksperymentujemy. Nie mam tygodniowego planu, który muszę zrealizować. Wszystko jest teraz ruchome. Zresztą nie ma też tak, że idę do koła i ciągle rzucam, rzucam, rzucam. Nie. Bardzo ważne stało się przygotowanie na czekające mnie obciążenia. Tego brakowało. Z Torstenem rozmawiamy tym samym językiem, zgadzamy się praktycznie we wszystkim.

Znaliście się wcześniej?

-  Tak - byliśmy rywalami. Torsten był zawodnikiem, przez którego nie pojechałem na igrzyska olimpijskie do Aten. W decydujących zawodach był ode mnie lepszy i ja zostałem w domu.

Małachowski uważa, że rzut życia ma już za sobą i raczej już się nie poprawi. A jak jest u pana?

-  Tak... Byłem przy tym jak Piotr rzucił w Hengelo 71,84. Przerwał też moją serię 36 zwycięstw z rzędu. Nie powiem, żebym się wtedy cieszył, ale jestem pewien, że mnie czeka jeszcze mój najdalszy rzut w karierze. I też jestem pewien, że nie nastąpi on w tym roku.

Wydaje się, że pan jako sportowiec jest już spełniony - jest pan mistrzem olimpijskim, trzykrotnym świata i raz Europy. Jedyne, czego pan jeszcze nie ma to rekordu globu, który jest jednak kosmiczny i od 1986 roku wynosi 74,08... Zastanawia się pan nad tym?

-  Doskonale pamiętam jak na ten wynik polował Gerd Kanter. Czekał na idealne warunki. To mentalnie jest bardzo trudne. Poza tym jak Piotrek osiągnął 71,84 to nie wierzę w to, że akurat sobie zakładał, że tego dnia rzuci tak daleko. To po prostu się dzieje. Człowiek tego nie planuje. By padł rekord świata musi być pięć kryteriów spełnionych - na trybunach musi zasiąść od 5 do 8 tys. widzów, w rywalizacji musi wziąć udział przynajmniej czterech zawodników z top ten, trzeba być w formie, to musiałby być 3-4 start w sezonie, bo wtedy uzyskuje się najczęściej najlepsze rezultaty i musi silnie wiać. Wtedy w Hengelo, kiedy Piotr rzucił tak daleko, wszystkie kryteria były spełnione - u mnie brakowało tylko formy. Szansa, że te wszystkie elementy zostaną spełnione w przyszłości jeszcze raz, jest naprawdę niewielka.

A czy potrafi pan się w ogóle jeszcze cieszyć z drugiego miejsca?

-  Trzeba otwarcie powiedzieć, że w Niemczech, ale i na świecie moją osobę kojarzy się ze złotem. Trudno jest się z tym rozstać i powie to każdy sportowiec. Oczywiście np. srebro olimpijskie to także jest sukces, ale... wszystko zależy od tego skąd się pochodzi, jak przebiegał sezon, czy leczyło się kontuzję, czy jechało się jako faworyt itd. Wiele czynników składa się na to, czy dany rezultat ocenia się jako sukces, czy nie.

Dyskobole nie tworzą dużej grupy. Na świecie jest was niewielu. To znaczy, że tworzy się między wami jakaś przyjaźń czy wręcz przeciwnie - jest przez to wyłącznie rywalizacja?

-  Wcześniej ta rywalizacja była bardzo ostra, teraz jest już lepiej. Każdy z nas się do tego przyczynił. Ja się zmieniłem, Piotrek, ale i inni. Teraz jest to sport. Oczywiście jak chodzi o walkę, o tytułu, to nie ma mowy o przyjaźni, ale potem potrafimy normalnie porozmawiać. Zresztą jesteśmy wszyscy normalnymi facetami. A Piotrek odkąd stał się ojcem także bardzo złagodniał. Widać po nim zmianę.

Igrzyska w Rio de Janeiro to jest taka graniczna data, po której powie pan stop?

-  Tego oczywiście nie wiadomo, ale jak o tym myślę, to właśnie w tych kategoriach. Trenuję od 1999 roku, to już będzie 17 lat wtedy. Od dziesięciu lat jestem w bardzo mocnym treningu, ciągłe wyrzeczenia. Trzeba powiedzieć, że nie chodzi już tylko o sam sport, ale jako zawodnik masz cały szereg zobowiązań - w stosunku do mediów, sponsorów, trenera. To jest niesamowicie obciążające. 

A może sobie pan w ogóle wyobrazić życie bez sportu?

-  Nie. I prawda jest taka, że wówczas trzeba nauczyć się żyć. To jest bardzo trudne zadanie. W sporcie chodzi o to, by być perfekcjonistą. Każdy dzień to jest walka. Ciężka walka z samym z sobą. Przekracza się bariery wytrzymałości - psychicznej i fizycznej. Dąży się do tego, by być najlepszym. A w normalnym życiu to nie jest ważne. Żyje się inaczej, inne wartości są istotne. Trzeba zrozumieć, że nie chodzi o to, by w każdej dziedzinie być najlepszym, trzeba współpracować, dzielić wrażeniami, by normalnie funkcjonować i cieszyć się codziennością. Właściwie trzeba poddać się terapii psychologicznej, by stać się normalnym człowiekiem.  

Rozmawiała Marta Pietrewicz


Reklama

Reklama

Reklama