Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne ME - media pochwalają dyskwalifikację Francuza

Dziennikarze na lekkoatletycznych mistrzostwach Europy w Zurychu uważają, że dyskwalifikacja Francuza Mahiedine'a Mekhissi-Benabbada, który wygrał bieg na 3000 m z przeszkodami, jest słuszną decyzją. Dzięki tej decyzji Krystian Zalewski awansował z trzeciej na drugą lokatę.

29-letni Mekhissi, urodzony w Algierii, to bardzo doświadczony i utytułowany zawodnik. Jest dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim (Pekin 2008, Londyn 2012), dwukrotnym brązowym medalistą mistrzostw świata (Daegu 2011, Moskwa 2013) i dwukrotnym mistrzem Europy (Barcelona 2010, Helsinki 2012). 

Reklama

W czwartkowy wieczór poniosła go fantazja. Kilkadziesiąt metrów przed metą zdjął koszulkę, by w ten sposób świętować trzeci triumf z rzędu na imprezie tej rangi, co wcześniej nie udało się w historii żadnemu zawodnikowi.

Najlepsza trójka przeszkodowców (Mekhissi, jego rodak Yoann Kowal i Krystian Zalewski) została zaproszona na ceremonię dekoracji, którą po kilkunastu minutach odwołano. Jury d'appel European Athletics podjęło decyzję o dyskwalifikacji Mekhissiego na podstawie dwóch artykułów. 143.1 stanowi o tym, że zawodnicy muszą rywalizować w stroju od startu do mety, a 143.7 nakłada obowiązek posiadania dwóch numerów startowych.

- Nie chcę się chwalić, ale byłem jedyny w gronie prawie stu fotoreporterów, który od razu, w sekundzie, jak tylko algierski Francuz ściągnął koszulkę, krzyknął do kolegów, że będzie on zdyskwalifikowany - powiedział Ladislav Perenyi, znany powszechnie w swym środowisku jako Laci.

Niemiecki fotograf, który był na wszystkich, czternastu lekkoatletycznych mistrzostwach świata oraz dziesięciu Europy, a także dziesięciu piłkarskich mundialach zwrócił uwagę, że w numerach startowych są chipy, dzięki którym błyskawicznie pokazuje się na monitorach kolejność i wynik.

- Zdejmując w taki sposób koszulkę ryzykuje się uszkodzeniem chipa. Nie można też tolerować takiego zachowania. Radość radością, ale za metą - podkreślił.

Dziennikarz holenderskiej agencji Rene van Zee również uważa, że pozbawienie Mekhissi-Benabbady złotego medalu jest jak najbardziej słuszną decyzją.

- Gdyby nie ukarano Francuza, to inni mogliby brać z niego przykład, a jeszcze inni, chcąc błysnąć czymś jeszcze bardziej atrakcyjnym, posunęliby się do zdjęcia spodenek... Holandia jest bardzo tolerancyjnym krajem, ale nie chcemy widzieć takich zachowań, a za dwa lata Amsterdam będzie gospodarzem mistrzostw Europy - powiedział.

Rene van Zee zwrócił też uwagę, że w parze z sukcesami Mekhissiego nie idzie jego postępowanie, jako utytułowanego sportowca, na którym można się wzorować. Przypomniał m.in. poprzednie mistrzostwa w Helsinkach, dwa lata temu, kiedy po przekroczeniu mety zaatakował 14-letnią dziewczynkę przebraną za maskotkę. Najpierw wytrącił jej z ręki nagrodę, jaką chciała mu wręczyć, a następnie oburącz odepchnął ją.

Reporterka holenderskiego radia Vivian Ruijters także podzieliła pogląd, że za takie zachowania trzeba stosować kary, jakie są przewidziane, bo inaczej da się furtkę do lekceważenia nie tylko rywala, ale i przepisów, regulaminów.

Bułgarski dziennikarz "Atletika Magazin" Anton Bonow powiedział, że to bardzo prawidłowa decyzja jury d'appel, która niech będzie ostrzeżeniem dla wszystkich łamiących przepisy.

- W piłce nożnej za zdjęcie koszulki na boisku zawodnik karany jest żółtą kartką. Nie można tolerować rywalizacji nie fair. A jak będzie ktoś prowadził w jakimś biegu z przewagą stu czy dwustu metrów, zdejmie koszulkę i będzie sobie nią machał do mety. To normalne? Za metą niech wiwatuje, tak jak chociażby Bolt czy Harting, niech robi rundę honorową wokół boiska, koziołki, niech eksploduje radością z sukcesu, ale nie w trakcie rywalizacji - zaznaczył.

Algierski Francuz dał się poznać od wojowniczej strony nie tylko w Helsinkach. W lipcu 2011 roku, podczas mityngu Diamentowej Ligi w Monako, po biegu na 1500 m stoczył na bieżni stadionu bokserski pojedynek z "kolegą" z reprezentacji, brązowym medalistą olimpijskim Pekin 2008, wicemistrzem świata Paryż 2003 i dwukrotnym mistrzem Europy Monachium 2002 i Goeteborg 2006 - Mehdi Baalą.

Stanęli naprzeciw siebie jak rozwścieczone koguty. Mekhissi uderzył głową, a jego rodak próbował mu oddać, wyprowadzając dynamiczne ciosy sierpowe. Tłukli się tak kilkadziesiąt sekund, a kompletnie zaskoczeni sędziowie nie wiedzieli, jak ich rozdzielić. Wszystko na oczach tysięcy kibiców na stadionie i milionów przed telewizorami.

Mahiedinowi nie wyszedł ten bieg, był jedenasty. Baala chciał go pocieszyć. - Klepnąłem go przyjacielsko i powiedziałem kilka ciepłych słów, ale on to źle odebrał. Przynieśliśmy wstyd naszej dyscyplinie sportu i ludziom pochodzenia arabskiego - mówił wówczas dziennikarzom skruszony. Obaj "bokserzy" zostali ukarani wtedy przez macierzystą federację.

Zalewski (UKS Barnim Goleniów) przyznał, że wolałby mieć srebrny medal po bezpośredniej walce, ale ma nadzieję, że spotka się jeszcze na mistrzowskiej imprezie z Mekhissim.

- Nie skupiałem się na tym, co robił Francuz, bo walczyłem o swoje. Na pewno nie było to odpowiednie zachowanie na tej klasy zawodnika. A przepisy są po to, by je respektować - skomentował.

Jego trener Jacek Kostrzeba dodał: "Nie pochwalam takiego zachowania. Było ono lekceważące w stosunku do rywali. Wiem, że Mahiedine Mekhissi-Benabbad jest w doskonałej formie i ma zamiar tu wygrać jeszcze 1500 metrów. To była zatem taka demonstracja siły, której jak najbardziej nie pochwalam. Nawet tym, którzy są od niego słabsi, należy się szacunek".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje