Reklama

Reklama

​Colin Jackson: Ewa Swoboda ma ogromny potencjał

Były rekordzista świata w biegu na 110 m ppł Colin Jackson jest zachwycony polską sprinterką Ewą Swobodą. "Ona ma w sobie olbrzymi potencjał. Tylko jej nie popędzajcie i dajcie jej czas. Niech nie czuje na sobie presji i dobrze się bawi" - powiedział.

Przyleciał pan do Polski, by promować bieg Wings for Life. Czemu wybrał pan akurat nasz kraj na przyjazd?

Reklama

Colin Jackson: - Jestem pod wielkim wrażeniem tego, w jaki sposób w Polsce rozwija się ten bieg, z jakim zaangażowaniem jest organizowany i jak wiele osób chce wystartować. Wszystko to sprawiło, że chciałem tutaj przyjechać i zobaczyć z bliska, jak to wygląda. Jestem zachwycony tym, jak Polacy cieszą się bieganiem.

W 2003 roku zakończył pan karierę sportową. Czym się pan teraz zajmuje?

- Jestem wielkim szczęściarzem w życiu. Po tym jak postanowiłem przestać biegać zawodowo, nawet chwili się nie nudziłem. Propozycje same spływały, a teraz robię tyle rzeczy, że mam jeszcze mniej czasu dla siebie niż wcześniej. 

- Nadal jeżdżę po świecie, od 1992 roku jestem ambasadorem Pumy, jest wiele inicjatyw, którym się poświęcam. 

- Jestem także komentatorem BBC i jakoś tak się składa, że w Wielkiej Brytanii jestem dosyć lubianą osobą i zapraszają mnie do mnóstwa programów telewizyjnych. Tańczyłem już na wizji, gotowałem, rywalizowałem. No i chyba co najważniejsze - spełniam wiele swoich marzeń. Staram się też angażować w akcje charytatywne.

Przede wszystkim jest pan jednak byłym lekkoatletą. Nie martwi pana to, co się dzieje w tej dyscyplinie sportu - korupcja, kolejne afery dopingowe?

- Oczywiście, że mnie to martwi. To jest sport, który nadal kocham. Jak byłem zawodnikiem, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jestem też kibicem. Traktowałem to wszystko jak swoją pracę i nie zastanawiałem się, czy to lubię, czy nie. Teraz się okazało, że jestem też wielkim fanem "królowej sportu".

Ale była to przyjemna praca?

- Oj tak. I dopiero teraz to doceniam. Wtedy tak do tego nie podchodziłem. Startowałem, dostawałem za to pieniądze i tyle. Byłem w pewnym reżimie i wiedziałem, jakie mam obowiązki, co muszę zrobić, jak trenować, by wygrać. Człowiek dopiero, gdy zakończy karierę zaczyna za tym tęsknić i wspominać. Kochałem to wszystko. Teraz to wiem i bardzo tęsknię.

Jak podchodzi pan do tego, o czym teraz się mówi, czyli do dopingu, korupcji?

- Przede wszystkim jestem wściekły. Najbardziej denerwuje mnie, że wszystkich lekkoatletów, działaczy, osoby związane z tym sportem wrzuca się do jednego worka. Teraz ludzie zaczynają się zastanawiać, czym ja się wspomagałem, że tak szybko biegałem. A ja byłem czysty. Wyjątkowo pilnowałem tego, co przyjmuję i z jakich odżywek korzystam. Poza tym ciężko trenowałem, cierpiała na tym moja rodzina, moi bliscy. Oni przeszli przez piekło, bo wszystko musiało być skoncentrowane na mnie, a jak coś mi nie wychodziło, to też oni obrywali. Poświęcałem się całkowicie, a teraz ktoś może zapytać +czy on nie brał przypadkiem dopingu+? To strasznie irytujące.

Czy lekkoatletyka się odbuduje?

- Ważne, że to wszystko wyszło na jaw. Cały świat usłyszał co się dzieje, nie jest to już zamiatane pod dywan. Władze światowej lekkoatletyki, ale i agencji antydopingowej, pokazały, że rozpoczyna się walka i nikt nie zostanie potraktowany łagodnie. Dla mnie sprawa jest jasna. Jeśli ktoś został złapany na stosowaniu niedozwolonych środków, nie tylko powinien zostać dożywotnio zdyskwalifikowany, ale też powinien zwrócić wszystkie pieniądze, jakie zarobił dzięki sportowi.

Ale jak pan to sobie wyobraża? Przecież to nierealne...

- Czemu nie? A widzi pani inny sposób? Bo ja nie. Dyskwalifikacja nic nie zmieni. Ta osoba zaczyna sobie normalne, a często bardzo wygodne życie. Dzięki właśnie pieniądzom zarobionym na oszustwie. Więzienie? To też nie rozwiązuje problemu. Na ile lat taka osoba zostanie skazana? Na rok? I co? Wychodzi, po czym zaczyna żyć znowu na bardzo wysokim poziomie. Jeśli jednak musiałaby zwrócić wszystkie pieniądze, jakie dzięki sportowi zarobiła, nagle zostałaby z niczym. Wszystko musiałaby zaczynać od zera. To by naprawdę zabolało... I może dzięki temu nikt by się nie odważył ryzykować. O dopingu trzeba mówić dużo i głośnio.

Czy nowy szef IAAF Sebastian Coe jest właściwą osobą do tego, by oczyścić atmosferę wokół lekkoatletyki?

- Głęboko w to wierzę. Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że doskonale zna tą dyscyplinę sportu. Ma niesamowicie dużą sieć kontaktów i ludzi, którzy pomogą mu w każdej sytuacji, tylko dlatego, że jest Sebastianem Coe. I chyba - co najważniejsze - ma w sobie odwagę, by to wszystko zmienić i by wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co się dzieje. Wiele osób wolałoby zatuszować sprawę, on tak na pewno nie zrobi.

A co z Rosją, która jest zawieszona i w maju zostanie podjęta decyzja, czy lekkoatleci tego kraju będą mogli rywalizować w igrzyskach w Rio de Janeiro. Czy pan dopuściłby ich do rywalizacji?

- To pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Bardzo dużo na ten temat myślałem i współczuję osobie, która będzie musiała podjąć decyzję. Jestem przeciwnikiem zbiorowego karania. Mam wśród znajomych wielu Rosjan. Byłem nawet niedawno u jednego z moich przyjaciół na Syberii. Widziałem na własne oczy, jak ciężko trenują. Nie wyobrażam sobie, by nie mogli wystąpić w igrzyskach tylko dlatego, że ktoś inny zawinił. Dlatego też uważam, że kary powinny być indywidualne, ale zdaję sobie sprawę, że powstał w tym kraju pewien system i nie mam pomysłu jak go inaczej rozbić. Zawieszenie wszystkich byłoby jednak pójściem na łatwiznę.

Ten problem dotyczy tylko Rosji?

- Oczywiście, że nie. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że bliscy dyskwalifikacji są także takie, jak kraje jak Kenia, Etiopia, Belgia, Włochy czy nawet Francja i Brazylia. Ale wszyscy skupili się teraz na Rosji.

Słyszał pan kiedykolwiek nazwisko Ewa Swoboda?

- Tak i nawet wiem, że jest całkiem szybka.

Dobra odpowiedź. To jedna ze wschodzących gwiazd polskiej lekkoatletyki, z którą wiąże się spore nadzieje. Jak pan ocenia jej talent?

- Ona ma cholernie duży potencjał. Prasa brytyjska o niej sporo pisała. Później miałem okazję obserwować ją na żywo na mityngu halowym w Glasgow. Nie zaprezentowała się może rewelacyjnie, ale jak człowiek na nią patrzy, to widzi, że siedzi w niej prawdziwa bestia. Jesteśmy świadkami narodzin wielkiej gwiazdy. Tego jestem pewny. To w jaki sposób ona się zachowuje w trakcie rozgrzewki, jak podchodzi do poszczególnych ćwiczeń, jak reaguje na rywalki, które biegną obok to wszystko sprawia, że ma w sobie niesamowitą siłę. Trzeba być jednak świadomym, że przed nią jest bardzo długa droga i wiele przeciwności. Pytanie, jak sobie z nimi poradzi, bo bycie wielkim sportowcem to także umiejętność radzenia sobie w podbramkowych sytuacjach, np. z kontuzjami, słabszą dyspozycją, ale i oczekiwaniami.

Co zatem mógłby pan jej poradzić?

- Najważniejsze jest, by nikt nie wywierał na niej dodatkowej presji, nie popędzał jej, nie pchał tam, gdzie sama nie chce. Ona potrzebuje spokoju i czasu. Przed nią jeszcze wiele sportowych emocji - tych dobrych, ale też tych złych. Rozczarowań, ale i chwil sukcesu. Gdybym sam mógł jej coś powiedzieć, to doradziłbym jej, żeby się bawiła. By robiła to, co sprawia jej najwięcej radości. Nie przejmowała się tym, co mówią inni. I pamiętała, że nigdy nie cofnie czasu, dlatego musi całymi garściami brać to, co ma tu i teraz.

Rozmawiała: Marta Pietrewicz

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Swoboda | Colin Jackson

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje