Reklama

Reklama

Pandemiczna klęska urodzaju

Działacze z MKOL, UEFA, FIVB, CEV i innych sportowych instytucji głowią się, jak upchnąć w kalendarzu na ten rok te wszystkie zaległe i te niezaległe turnieje o mistrzostwa świata, Europy czy innego kontynentu, o igrzyskach olimpijskich nie wspominając. I z tego powodu czasem dochodzi do sytuacji kuriozalnych - pisze specjalnie dla Interii szef Polsatu Sport, Marian Kmita.

Reklama

Ostatni rok koronawirusowej pandemii oswoił nas z przymusową izolacją i koniecznością znoszenia rządowych obostrzeń. Chyba nie ma wśród nas nikogo, kto znosi to dobrze, bo nasze dotychczasowe życie legło w gruzach, a z tym i świat sportu bardzo mocno się zmienił. Teraz, po roku walki z zarazą i tak naprawdę nieznanych perspektywach na przyszłość, wiele światowych federacji próbuje nadgonić stracony czas.

Reklama

Działacze z MKOL, UEFA, FIVB, CEV i innych sportowych instytucji głowią się jak upchnąć w kalendarzu na ten rok, te wszystkie zaległe i te niezaległe turnieje o mistrzostwa świata, Europy czy innego kontynentu, o igrzyskach olimpijskich nie wspominając. I z tego powodu czasem dochodzi do sytuacji kuriozalnych.

Właśnie dotarł do Polski kalendarz siatkarskiej Ligi Narodów i oto znowu dotyka nas klęska urodzaju. Urodzaju w swych gigantycznych rozmiarach w praktyce nie do strawienia przez telewizję i kibiców. Otóż okazuje się, że FIVB zaplanowało od 25 maja do 27 czerwca w tzw. "Bańce" we włoskim Rimini Turniej Gigant. W ciągu miesiąca ma tam zostać rozegranych 248 (słownie: dwieście czterdzieści osiem!) meczów w ramach tegorocznej Ligi Narodów kobiet i mężczyzn. Na szczęście, FIVB zorganizowała ten maraton ciut mądrzej niż federacja europejska CEV mistrzostwa Europy i żaden z meczów nie odbędzie się równolegle do innego. 

248 spotkań Ligi Narodów! Co wybierze polski kibic?

Piszę "ciut mądrzej", bo rozgrywany w dwóch halach w Rimini turniej został zaplanowany tak, że mecz w hali A będzie dzieliło do meczu w hali B tylko 90 minut. Z tego wynika, że zawzięty kibic siatkówki będzie mógł bez konfliktu obejrzeć jedno widowisko tylko w tych rozmiarach czasowych. Jeśli mecze będą się kończyć wynikiem wyższym niż 3:0, to już przed kibicem - telewidzem będzie stała spora rozterka, czy oglądać do końca mecz USA - Rosja z godziny 18.00, czy półtorej godzinie później przełączyć się na Belgia - Włochy, a po następnych 90 minutach na Brazylia-Holandia? Albo trudniejsze zadanie: 26 maja godzina 21.00 - czy oglądać Finał Ligi Europy w Gdańsku czy Serbia - Polska kobiet w Rimini? 6 czerwca o 16.30 startuje mecz siatkarek z Polski i Japonii. Raczej nie skończy się do pierwszego gwizdka ostatniego sprawdzianu naszych piłkarzy przed Euro z Islandią, bo mecz w Polsce zaczyna się o 18.00. A 23 czerwca jeszcze gorzej: o 18.00 ramach piłkarskiego Euro Polacy grają ze Szwedami i o tej samej godzinie Polki walczą z Francuzkami być może o półfinał Ligi Narodów. 

I już widzę wielką wojnę w polskich domach o władzę nad pilotem do telewizora. Wojnę bez faktycznych zwycięzców, bo generalnie od 11 do 27 czerwca będziemy mieli w Polsce starcie pomiędzy kibicami sportu a ich "cywilnymi" domownikami. W tym okresie, poza innymi dyscyplinami sportu, rozegranych zostanie 40 futbolowych meczów Euro 2020 i 112 siatkarskich spotkań Ligi Narodów kobiet i mężczyzn. No ludzie święci! Kto to wytrzyma przed telewizorem?! Pewnie niewielu, a może nawet nikt! Dlatego wielka szkoda, że spora część tego gigantycznego organizacyjnego wysiłku sportowych federacji i telewizji pójdzie jak para w gwizdek, bo kibice tego zwyczajnie nie będą w stanie skonsumować.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

O co więc chodzi w tym karkołomnym przedsięwzięciu? Czy tylko o to , żeby FIFA, UEFA, FIVB, CEV i im podobne federacje wywiązały się z kontraktów ze sponsorami i telewizjami? To było by zbyt proste uzasadnienie. Prawda jest taka, że sport, tak jak wiele innych dziedzin światowej gospodarki w dobie pandemii, znalazł się na krawędzi bankructwa. Dlatego polityka - ratuj się kto może i jak może, obowiązuje dzisiaj w całym sportowym świecie. Wie coś o tym symbolicznie Hubert Hurkacz, który za wygraną w turnieju ATP Masters w Miami zainkasował nagrodę w wysokości "ledwie" 300 tysięcy USD.

Jeszcze dwa lata temu wygrywając ten turniej otrzymałby od organizatorów o okrągły milion dolarów więcej. No, ale co robić. Takie czasy, ciężkie dla wszystkich. Więc, chyba lepiej już w czerwcu skakać z kanału na kanał szukając meczów reprezentantów Polski w dublujących się czasowo międzynarodowych zawodach, niż tak jak rok temu oglądać, choćby nawet najbardziej radosne zwycięstwa, ale tylko... w retransmisjach z ostatniej dekady.

Marian Kmita

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje