Reklama

Reklama

Liczy się tylko skuteczność

Wygrany, wtorkowy mecz z Albanią niepotrzebnie nazwano "meczem o wszystko". Przecież takich meczów w przeszłości mieliśmy już sporo i każdy z nich był bardzo ważny, ale nic ponad to. Dlatego Jerzy Engel słusznie nawoływał w polsatowskim studio przed transmisją z Tirany - "Spotkanie ze zdziesiątkowaną, praktycznie drugą, drużyną Albanii, po prostu trzeba wygrać. To nasz obowiązek". I miał rację, choć jak to w życiu, nic nie jest takie proste jak się wcześniej teoretycznie wydaje. Wygraliśmy po niemałych boiskowych trudach i nieoczekiwanej, zaburzonej stadionowymi ekscesami końcówce. I pięknie, ponieważ w tym wyścigu liczą się tylko trzy, zdobyte punkty, a nie styl gry, czy inne, nadzwyczajne okoliczności.

I prawdę mówiąc mocno mnie dziwią, a czasami nawet śmieszą, te wszystkie powszechne spory, na temat tego kogo powołuje i wystawia w pierwszym składzie Paulo Sousa. Przecież to jest jego elementarne prawo wybrać kogo chce i wysłać do boju na boisko. Po to został zatrudniony przez PZPN, żeby zdobywać teraz punkty w eliminacjach do MŚ w Katarze i w konsekwencji awansować do turnieju finałowego. I robi to, więc dajmy mu spokój w zadręczaniu jego i wszystkich dookoła, celebrując np. problem, czy nie grający w klubie Przemysław Płacheta powinien grać w meczu z San Marino czy też nie. Jeśli trener tego chce i widzi w tym jakiś sens to powinien i tyle. Takie jest jego prawo.

Reklama

Tak samo jak modne ostatnio piętnowanie Portugalczyka za to, że nie jeździ po polskich stadionach i nie obserwuje naszych ligowych asów, wyławiając z tego gęstego szlamu perełki na miarę talentu Kacpra Kozłowskiego. I znowu, naprawdę wszystko mi jedno, czy w kolejny weekend Sousa wsiądzie w auto i przejedzie kilkaset kilometrów pomiędzy Warszawą, Szczecinem, Wrocławiem i Krakowem zaglądając na polskie stadiony, czy też obejrzy sobie te mecze w swoim telewizorze siedząc na kanapie. Ba, jeśli skład jego kadry jest kompletny a wszyscy gracze zdrowi i do dyspozycji, może nawet nie robić tego drugiego. Wszak najważniejsze, żeby jego wybory były trafne a kolejne ważne mecze polskiej reprezentacji wygrane. Nic więcej.

Paulo Sousa już ma zasługi. Zmienia oblicze kadry

Z drugiej strony, przecież Sousa tę naszą ukochaną narodową drużynę konsekwentnie zmienia. I to z niezłym, i zdecydowanie widocznym skutkiem. Przecież to właśnie przy Sousie okrzepli w pierwszym składzie Jakub Moder, Kamil Jóźwik i Tymoteusz Puchacz. To właśnie przy nim po raz pierwszy pokazali ostre zęby w reprezentacji, dość młodzi, albo bardzo młodzi Karol Świderski, Adam Buksa, Damian Szymański czy wspomniany wyżej Kacper Kozłowski. I czego chcieć więcej? Niech dalej grają i wygrywają kolejne mecze dla siebie, dla Sousy i dla nas, czyli dla całej Polski. Liczy się tylko to i nic więcej. Niech Portugalczyk pracuje w spokoju.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy