Reklama

Reklama

Zarzeczny: 50 groszy na ratowanie dzieci

Raz w życiu zwariowałem i kupiłem koszulkę. Za 3 tysiące. Na Orkiestrę.

Wielka Orkiestra gra raz do roku w całej Polsce. Rozdaje serduszka i zbiera pieniądze na pomoc dzieciom. Wielce chwalebna idea i bardzo mnie ona cieszyła, szczególnie gdy zawsze następnego dnia czytałem, że zebrano około 20 mln złotych.

Cieszyła do dziś rano. Gdy dotarło wreszcie do mojego pustego łba, jak niewiele warte jest polskie serce i polska dobroczynność. Te 20 mln złotych oznacza bowiem ni mniej ni więcej tylko to, że przeciętny Polak na ratowanie dzieci daje raz w roku 50 groszy. I momentalnie może uważać się za szczodrego darczyńcę. A niektórzy nie dają i tego, czujnie czmychając przed skarbonkami na drugą stronę ulicy.

Reklama

Matematyka jest dla nas bezlitosna. Cały naród, uważający się za cywilizowany, nie ma pojęcia o sile dobroczynności, skoro jest w stanie raz w roku zebrać dwa razy mniej, niż FC Liverpool zapłacił swego czasu za średniego bramkarza Jerzego Dudka. I aż sto razy mniej, niż jeden tylko amerykański przedsiębiorca (Gates, Bill chyba) ofiarował na zwalczanie chorób. Zresztą ten Jankes aż dziesięć razy więcej dał własnym instytucjom charytatywnym, niż zapisał własnym dzieciom! Taki krwiożerczy kapitalista, gdy my przecież wszyscy wychowani w ideałach równości i sprawiedliwości społecznej, nie mówiąc już o umiłowaniu bliźniego jak siebie samego.

Nasze społeczeństwo jest skąpe i wyrachowane, a chwaląc akcję Owsiaka chwali po prostu siebie - straszliwie się przy okazji przeceniając. Bo co to jest te 20 milionów złotych - tyle wart był spalony parę dni temu zwykły bazar w Słubicach.

Dam tu przykład dobry, bo własny. Raz w życiu zwariowałem, podpuszczony przez Hirka Wronę, tego gościa od muzyki z "Teleexpressu" i zarazem kumpla. Oto wspomniany Jerzy Dudek przysłał na aukcję Orkiestry koszulkę absolutnej ówczesnej gwiazdy, Michaela Owena z autografem i odręczną dedykacją (piękny gest, ale tylko gest, zawsze się dziwię, że piłkarze zamiast kasy, której maja niemało, dają jakieś t-shirty, ostatnio w ślady te ruszył niestety i Kubica Robert). No i zrobił się klopsing mały, bo nikt tego Owena nie chciał za jakieś przyzwoite pieniądze kupić! Więc żeby ratować ideę, no i honor świata futbolu również, dałem za tę koszulkę 3 tysiące złotych.

Było to najdroższe ubranie w moim życiu. W dodatku dwa razy za małe.

Długo jednak nie pozwolono mi być z siebie dumnym (Polska to kraj ludzi małej wiary). Znajomi zgodnie orzekli, że to na pewno jakiś szacher macher, mimo że dostałem dowód wpłaty i naprawdę piękny dyplom. No bo przecież nikt nie jest taki głupi żeby dawać tyle kasy za rzecz nieprzydatną kompletnie. Nikt normalny nie da przecież więcej niż dwa złote, czyli tyle o ile nasi najbardziej potrzebujący rodacy proszą pod sklepem...

Dziś nie uważam już udziału w Orkiestrze za wariactwo, a jedynie za wielce interesujący przykład matematyczny. Otóż gdyby w każdej polskiej rodzinie ktoś zwariował choć raz w życiu i przynajmniej w takim stopniu jak ja, Jurek Owsiak zamiast 20 mln złotych zebrałby - uwaga, achtung, wnimanje! - aż 30 MILIARDÓW! 10 MILIARDÓW DOLARÓW! A rozwiązałoby to problemy wszystkich polskich dzieci do końca stulecia. Taka jest prawda o polskiej dobroczynności. Bo w sensie realnym - ona nie istnieje. Istnieją tylko jej pozory.

A wielka to szkoda, bo Bóg istnieje naprawdę. I czasem te dobre uczynki nam wynagradza. Oto jakiś czas po tej aukcji zadzwonił facet spod Wrocławia, jak pamiętam nazywał się Gawin. I powiedział, że on jechał po tę koszulkę Owena, ale raz w życiu zepsuł mu się w drodze nowiutki mercedes. A on ma fabrykę mebli i kolekcję o nazwie "Owen"...

Sprzedałem mu tę koszulkę za 4 tysiące. Mówiąc szczerze nigdy w życiu za Owenem nie przepadałem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL