Reklama

Reklama

Brazylijski futbol w kryzysie. Rabij: Degrengolada trwa już 20 lat

Reprezentacja Brazylii przez lata była dla świata niedoścignionym wzorem pięknej i skutecznej gry, ale ostatnio znajduje się w kryzysie. - Kadra to tylko czubek góry lodowej. Degrengolada obejmuje już cały brazylijski futbol - mówi w rozmowie z Interią Bartłomiej Rabij, znawca latynoskiej piłki i komentator stacji Sportklub.

Brazylijska Serie A. Wyniki, tabela i statystyki - kliknij tutaj!

Interia: Patrząc na wyniki ostatnich wielkich imprez można już stwierdzić, że Brazylia straciła pozycję potentata w światowym futbolu?

Bartłomiej Rabij: - Tak, to jest efekt postępującej od 20 lat organizacyjnej degrengolady w brazylijskim futbolu, a także masowych transferów do Europy, które spowodowały, że załamała się liga i system szkolenia. 

- Efektem jest upadek reprezentacji Brazylii, ale pamiętajmy, że kadra to tylko czubek góry lodowej. Wcześniej na reprezentację pracują kluby, drużyny młodzieżowe itd.

Reklama

Jakie są główne przyczyny ostatnich klęsk brazylijskiego futbolu?

- Po pierwsze, od 2002 roku i złota na mundialu w Korei w Brazylii nic się nie zmieniło w piłkarskich władzach centralnych i stanowych. Działacze, którzy wtedy byli u steru, zostali na swoich stanowiskach przez "zasiedzenie".  To oznacza, że przez kilkanaście lat konserwowano układ, który dawno powinien odejść do lamusa.

- Efekt jest taki, że trudno znaleźć w Brazylii działacza poniżej "60-tki". Prezes federacji Ricardo Teixeira w roku 2012 miał 68 lat. Wtedy zastąpił go Jose Maria Marin. Rządził trzy lata, zwolnił stołek kilka miesięcy temu w wieku 83 lat. Obecnie prezesem jest Marco Polo del Nero, lat 74. To są ludzie wspominający Pelego i Zico. Ich nie interesuje to, w jakim kierunku poszedł nowoczesny futbol.

- Druga sprawa dotyczy telewizji. Liga brazylijska jest "w niewoli" telewizji Globo. Ta stacja to największy na świecie producent seriali, na których zarabia znacznie więcej niż na futbolu. W związku z tym ramówka układana jest pod seriale, a nie piłkę nożną. Efekt jest taki, że mecze rozgrywane w środku tygodnia zaczynają się np. o 22.

- Byłem na meczach we wszystkich większych brazylijskich miastach i dwugodzinne powroty do hotelu po nocnych meczach to norma. Kto normalny wybierze się na mecz, świadom tego, że wyjazd na stadion i powrót z niego zajmie mu np. 5 godzin? To jest kawał męskiej przygody.

Na mecze chodzą zatem tylko fanatycy?

- Na trybunach siadają głównie "kibole". Oni dostają zwroty za podróże i różne dofinansowania. To są ludzie, którzy żyją z piłki. Brazylijskie kluby na kibicach zarabiają więc bardzo mało. To jest absurd, bo główne źródła dochodu to pieniądze z transferów i telewizji. Kluby wyprzedają piłkarzy i godzą się na to, by mecze pełniły funkcję "zapychacza" w telewizji.

- Jednocześnie trwa walka o kibiców. W Brazylii jest teraz boom na social media i kluby prześcigają się w pomysłach na to, jak zachęcić ludzi do przychodzenia na stadiony. Poza tym tam jest bardzo silny pierwiastek "demokratyczny" - najlepsze kluby muszą od czasu do czasu rozgrywać mecze poza swoimi miastami. Sao Paulo jedzie do Brasilii czy Joao Pessoa. To trochę tak, jakby Legia jeździła do Lublina czy Aleksandrowa Kujawskiego.

Kiedyś z Brazylii odchodzili do Europy gracze ze statusem gwiazdy, a dziś sprzedaje się nastolatków. Dlaczego?

- To też jest jeden z paradoksów brazylijskiej piłki. Zagranicę sprzedawani są nastolatkowie, których nikt nie widział nawet w akcji. Potem w reprezentacji Brazylii grają David Luiz i Hulk, którzy piłki uczyli się na obczyźnie. To są piłkarze, których kibice poznali w reprezentacji a nie kojarzą ich z ligi.

To kuriozum, ale w 1998 roku, po porażce na mundialu we Francji, przed sądem postawiono... Ronaldo. Gwiazdor kadry musiał tłumaczyć się z porażki w meczu o złoto z gospodarzami. Gdyby dziś zrobić proces ludzi winnych kryzysu brazylijskiej piłki, to byłaby ich pewnie cała armia?

- Oj, przede wszystkim do takiego procesu w ogóle by nie doszło! Brazylia jest niestety krajem mocno skorumpowanym. Dowodem niech będzie ostatnia afera korupcyjna dotycząca wielkiego koncernu Petrobras. Ten gigant, w którym większość udziałów ma państwo, stracił  przez skorumpowanych polityków ponad 2 mld dolarów w 10 lat. Proces ciągnie się latami, a najlepsze jest to, że przy władzy wciąż pozostaje ta sama partia! Dlatego sądzę, że gdyby nawet zorganizować proces ludzi odpowiedzialnych za kryzys brazylijskiej piłki, to i tak skończyłoby się to farsą.

W książce "Futebol. Brazylijski styl życia" Alex Bellos napisał, że Brazylijczycy to "naród powołany do tego, by grać w futbol". Czy trudno pogodzić im się z tym, że ostatnio żółta koszulka "Canarinhos" straciła wiele ze swej magii?

- Zdecydowanie tak. W Brazylii przez lata zagłaskiwano piłkarzy. "Przecież jesteśmy mistrzami. Przecież nikt nie wygrał tyle, co my. Popatrzcie, ilu mamy zdobywców Złotej Piłki" - powtarzano. Brazylijczycy przespali w międzyczasie trzy ważne wydarzenia. Po pierwsze: zmiany geopolityczne w Europie, dzięki którym rynek transferowy stał się bardziej otwarty i dynamiczny. Po drugie: powstanie Ligi Mistrzów, czyli rozgrywek, które na arenie klubowej nie mają żadnej konkurencji. Trzecią rzeczą było wprowadzenie prawa Bosmana, dzięki któremu piłkarze łatwiej mogą zmieniać kluby.

- Te trzy epizody, które wydarzyły się na przestrzeni lat 1990-1996, zostały przez Brazylijczyków przegapione. Zareagowali na nie, owszem, ale z 20-letnim opóźnieniem. Stanowczo za późno. Popatrzmy na obecne okienko transferowe. Najdrożej sprzedanym zawodnikiem jest 19-letni Boschilia z Sao Paulo do Monaco. Następny w kolejce jest osiemnastolatek Gerson, który ma przejść do Romy. To wcale nie są największe gwiazdy brazylijskiej ligi. Wniosek? Europejski menedżer nie kupuje tego, co Brazylijczyk uważa za najlepsze.

W ostatnich latach do ligi brazylijskiej trafiło wielu zawodników świetnie znanych z występów w europejskich klubach, jak Kaka czy Ronaldinho. Nie lepiej inwestować w młodych graczy?

- O, to kolejny paradoks Brazylii. Ostatnio modne stało się ściąganie zawodników, którzy na Europę są już za słabi, ale mają nazwisko. Potem tacy zawodnicy ciągną niesamowitą kasę i blokują miejsce młodym-zdolnym. Najbardziej spektakularną wpadką ostatnich lat jest FC Sao Paulo, które zatrudniło Kakę, Pato, Luisa Fabiano i jeszcze miejscowego lenia, zblazowanego gwiazdora Ganso. Każdy dostawał powyżej 1 mln euro rocznie. Żeby sfinansować ich pensje klub zaciągał kredyty, a koniec końców musiał sprzedać swoich najlepszych młodych zawodników, bo na wypłaty dla starszych już nie starczało.

Kiedyś Brazylia słynęła z "produkcji" znakomitych napastników i skrzydłowych. Dzisiaj więcej jest w kadrze solidnych rzemieślników, a artystów można policzyć na palcach jednej ręki. Dlaczego?

- Przede wszystkim myślę, że to nasze wyobrażenie o artystach było trochę "napompowane" przez mundiale. Przecież nikt z nas kilkanaście lat temu nie oglądał na co dzień ligi brazylijskiej czy meczów towarzyskich reprezentacji, które często były fatalne. Sądzę, że mniejsza liczba kreatywnych graczy czy napastników wiąże się też z tymi ciągłymi wyprzedażami talentów. Jeśli spojrzymy na Bayern czy Barcelonę, to widać wielkie zgranie. W klubie, z którego w rok odchodzi 10 najlepszych zawodników takie coś jest niemożliwe.

- Futbol w ostatnich 20 latach bardzo się zmienił. To już nie te czasy, że gwiazdor brał piłkę, kiwał trzech i strzelał bramkę. Dziś genialnych dryblerów jest raptem kilku - myślę o Hazardzie, Messim i Ronaldo. Wielu trenerów w ogóle nie pozwala na takie harce, przykładem Di Maria w Man United. Nie wszystkim pasuje ten brazylijski luz i zamiłowanie do dryblingu.

- Poza tym popatrzmy na historię - największe legendy "Canarinhos" - Pele, Garrincha czy Zico - albo nie grały nigdy w Europie albo miały tam tylko krótkie epizody. Oni nie musieli konfrontować się z futbolem na Starym Kontynencie. Spotkałem się kiedyś z wielką sławą kadry Brazylii - Ademirem. Opowiadał mi jak przez lata budował swoją pozycję w klubie. Od młodego zdolnego, przez rezerwowego do piłkarza pierwszego składu. Dziś mało kto przechodzi taką drogę. Do Europy odchodzą przecież nastolatki.

Dunga to człowiek, który może wyprowadzić reprezentację Brazylii z kryzysu?

- Był już selekcjonerem na mundialu 2010, który przegrał w słabym stylu (Brazylia odpadła w ćwierćfinale - red.). Jego powrót na stanowisko selekcjonera odczytuję jako przyznanie się działaczy federacji do klęski. Z drugiej strony wśród trenerów ligowych nie ma takich, którzy osiągaliby jakiekolwiek międzynarodowe sukcesy i cieszyli się szacunkiem zawodników i działaczy. A trenera z zagranicy Brazylijczycy nie chcą.

Czy wśród piłkarzy "Canarinhos" dostrzega pan kogoś, kto weźmie na swoje barki nadzieje kibiców i pomoże Brazylii wrócić na szczyt?

- Wszyscy wierzą w Neymara, ale on na razie ma problem z tym, by udźwignąć wielkie oczekiwania. To wciąż bardzo młody chłopak. Poza tym jest wiele talentów: Oscar, Lucas Moura czy Firmino, którzy na mundialu 2018 mogą zabłysnąć... Paradoks polega na tym, że Brazylia mimo wszystkich swoich problemów wciąż ma potencjał nawet na to, by w Rosji wygrać mistrzostwo świata. A to pozwoliłoby działaczom w Kraju Kawy dalej żyć w tym radosnym, pijanym widzie.

Kryzys brazylijskiej piłki będzie się pogłębiał?

- Raczej tak. Na razie nie dzieje się nic, co pozwalałoby optymistycznie patrzeć w przyszłość. Brakuje ludzi ze świeżym spojrzeniem. Futbol w Brazylii cierpi na tym, że prezesem federacji od lat zostaje następca poprzednika. To są ludzie, którzy rozkładają brazylijski futbol na łopatki. Może problem rozwiązałby się częściowo, gdyby przyszedł ktoś spoza obecnego układu, jak Zico czy Romario? To byłoby światełko w tunelu.

Rozmawiał Bartosz Barnaś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje