Zarzeczny: Kubica nie zachwyca
Jak zwykle coś mnie tknęło, więc nie wstałem ani o 3.45, ani nawet o 7.00, żeby oglądać jak jakieś małe autka, w które normalny człowiek by się nawet nie zmieścił, śmigają w kółko.

Kubicy mi oczywiście żal, bo jechał aż na koniec świata, gdzie ludzie chodzą do góry nogami (podług nas, a może to my chodzimy na odwrót, podług nich) żeby zjechać do bazy. Żeby pokazać wszystkim, że nie ma co się dziwić jak zepsuje się nam auto naprawiane przez jednego mechanika, skoro jemu psuje się bolid naprawiany przez stu pięćdziesięciu z ogonkiem. Po prostu mechanicy całego świata niedouczeni są chyba, bo żeby beemka mogła zepsuć się sama z siebie - nie wierzę. Przypomina mi się zresztą jak kiedyś w Szwecji gość zadzwonił do pomocy drogowej z prośbą o holowanie, bo zepsuł się jego Rolls-Royce. Usłyszał w odpowiedzi: to pomyłka, samochody tej marki się nie psują!
Więc przed BMW i innymi markami jeszcze sporo lat nauki, co paradoksalnie ubarwia jednak Formułę 1. Parę miesięcy temu w wyjątkowo nudnym wyścigu jedyną atrakcją było to, że wykoleił się nawet "Schumi", kiedy jego Ferrari stanęło w ogniu. Ba, gdzieniegdzie zapomnianym jest fakt, że Kubica zajął to słynne trzecie miejsce na Monzie, bo wybuchł akurat silnik jadącemu przed nim Alonso. Zatem nie jest to żaden pech, tylko loteria i już, i nie ma też aut odpornych na zużycie materiału. No i nie dorabiajmy spiskowej teorii, że jak zwykle sypie się bolid Kubicy, gdy ten Heidfelda mknie do mety... Jakby Niemcy Polaka chcieli upupić, toby go nie wystawili. Na pewno traktują go jak doświadczalnego królika (sam bym tak postępował), ale i godnie płacą (sam bym się na to zgodził). Tyle że musi on zacząć wygrywać, bo rezerwowy Vettel, o czym już wiadomo powszechnie, też jeździć umie, zresztą jak się ma dobry wózek i zakaz ograniczenia prędkości to jest to łatwiutkie bardzo. Ale zawodów sporo więc mam nadzieję, że nadejdzie również dzień polski, który zgodnie z naszą tradycją wspominać będziemy około 30 lat.
Jeżeli mnie coś w tych pierwszych zawodach zdziwiło, bo wreszcie zacząłem śledzić te przeróżne klasyfikacje, że tak naprawdę ściga się tam garstka ludzi (ludzików, duzi są dyskryminowani, jak na żużlu czy końskich wyścigach). I co gorsza - ledwie kilka krajów (jeszcze mniej jak w skokach Małysza, tu wciąż mnie zastanawia czemu nie mają skoczków Francuzi albo Szwedzi, posiadający przecież śniegu pod dostatkiem?). I co najstraszniejsze - rywalizuje zaledwie kilka marek (czytam z klasyfikacji: Ferrari, McLaren, BMW, Renault, Toyota i Honda). Przykro to skonstatować, ale jest to w takim razie impreza kadłubowa mocno. No bo gdzie, nie wspominając nawet o mercedesie, chryslerze, fordzie są takie marki jak mały fiat, dacia, polonez albo zaporożec? Też by pewnie nie dojechały do mety. Ale akurat dla nich - wstałbym i w środku nocy. A dla Ferrari mi się nie chce. To auto nie dla mnie. Dosłownie, i w przenośni.
Paweł Zarzeczny
Więcej na ten temat
Zobacz także
- Polecane
- Dziś w Interii
- Rekomendacje