Reklama

Reklama

Dennis Rodman: Powinienem być już martwy

Jeden z najbarwniejszych koszykarzy w historii rozlicza się ze swoją mroczną stroną w książce o wiele mówiącym tytule "Dennis Rodman. Powinienem być już martwy". Śledząc w kolejnych rozdziałach alkoholowe ekscesy "Robaka" trudno nie przyznać mu racji.

Książka autorstwa byłej gwiazdy NBA i Jacka Isenhoura ukazała się w Polsce w kwietniu nakładem wydawnictwa SQN. Jako zafascynowany NBA dzieciak, jakieś 15-20 lat temu, z wypiekami na twarzy oglądałem popisy Rodmana. Tatuaże (dzisiaj norma, ale wtedy podobnej "pisanki" w lidze nie było), wielokolorowe fryzury, ekscentryczne zachowania - to była jedna strona Dennisa, ale bardziej pasjonowała mnie ta druga, czyli koszykówka.

Reklama

Grał niebanalnie, był nieprawdopodobnym specjalistą od zbierania piłek z tablic. Siedmiokrotnie wygrywał klasyfikację najlepiej zbierającego zawodnika NBA (w jego czasach grali tacy goście jak Charles Barkley, Shaquille O’Neal, Hakeem Olajuwon, Patrick Ewing, Karl Malone czy Dikembe Mutombo), pięciokrotnie zostawał mistrzem NBA z Detroit Pistons (2) i Chicago Bulls (3), dwa razy dostał nagrodę dla najlepszego obrońcy sezonu. Imprezował, pił i zarywał noce gdzieś w klubie ze striptizem, albo przy ruletce w Las Vegas, a na drugi dzień zgarniał z tablic 15-20 piłek i doprowadzał do szału pilnowanego zawodnika.

Ceniłem Rodmana - koszykarza, intrygowało mnie jego życie poza parkietem. Do książki "Powinienem być już martwy" przymierzałem się parokrotnie. Zniechęcały mnie negatywne opinie, z jakimi się spotkałem. Dzisiaj, po lekturze książki, mam wrażenie, że wielu czytelników źle do niej podeszło. Spodziewali się biografii, opisów barwnych przygód Rodmana z czasów gry w Pistons, Spurs i Bulls. Tymczasem ta książka biografią nie jest.

Jest natomiast wycinkiem z życia Rodmana od schyłku zawodowej kariery po lata alkoholowego upadku i próby odzyskania równowagi w życiu. Napisana prostym, momentami soczystym i przeznaczonym tylko dla dorosłych językiem. Wchodzi w dwa wieczory. Z pozoru jest to płytka opowieść równie płytkiego faceta siłującego się z życiem, próbującego utopić smutki po zakończeniu kariery w kolejnych, coraz bardziej żenujących libacjach. Ale między wierszami, poświęconymi opisom skandali i imprezowego życia, można się wiele dowiedzieć na temat prawdziwego, zupełnie innego niż nakazuje stereotypowy odbiór, oblicza tego niegdyś znakomitego koszykarza.

Rodman nie szuka wymówek. Otwarcie opowiada o tym, że nie potrafi stworzyć trwałego związku i ciągle zdradza swoje partnerki. Przyznaje, że spaprał relację z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Przyznaje wreszcie, że jest alkoholikiem, momentami żałosnym. Na szczęście nie robi z siebie ofiary, nie tłumaczy całego zła i błędów, jakie popełnia, pijaństwem. "Cóż, alkohol był objawem, nie chorobą. Chorobą była koszykówka, a właściwie jej brak" - podkreśla Rodman.

Z NBA żegnał się bez honorów godnych swojego statusu. Po tym, jak wywalczył w 1998 roku trzeci z rzędu mistrzowski pierścień w Chicago telefon z propozycjami nowego  kontraktu długo nie dzwonił. Rodman, mimo średnich na poziomie 4,7 pkt i 15 zb/mecz w sezonie 1997/98, nie mógł znaleźć nowego pracodawcy. Zlitowali się dopiero w Los Angeles. "Robak" zasilił Lakersów, ale tylko na 23 mecze. W sezonie 1999/2000 zagrał jeszcze 12 razy w Dallas Mavericks, tylko po to, żeby przyciągnąć zainteresowanie mediów i kibiców, ale był to niewiele znaczący epizod.

Do NBA starał się wrócić wielokrotnie. Próbował m.in. w Denver Nuggets, New York Knicks, Cleveland Cavaliers, Miami Heat i Lakersach, ale nic z tego nie wyszło. Według Rodmana jego powrotu nie życzył sobie komisarz David Stern.

Mam wrażenie, że "Powinienem być już martwy" jest próbą rozliczenia Rodmana z burzliwych lat, jakie nastały w jego życiu po zakończeniu kariery, na które - jak wielu sportowców - nie był gotowy. Desperacko i bezskutecznie starał się do ligi wrócić. Chciał wrócić do czasów, kiedy był gwiazdą NBA, ikoną popkultury ogrzewającą się w blasku fleszy, uwielbianą przez fanów. Wciąż jest popularny, ale to nie to samo. Dzisiaj jest celebrytą, spieniężającym swoje nazwisko i reklamującym wszystko, co załatwi i przypieczętuje przelewem na okrągłą sumę jego agent.

"Powinienem być już martwy" to dobra propozycja dla każdego, kto chciałby poznać kulisy życia Rodmana po tym, jak pożegnał się z NBA. Szkoda, że tak niewiele, bo tylko kilka anegdot, poświęcono jego karierze, kiedy sumiennie pracował na status prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnej legendy NBA, ale tak jak wcześniej wspomniałem, to nie jest biografia tylko - podkreśla wydawca - "kronika wzlotów i upadków Dennisa Rodmana".

W każdym rozdziale zamieszczono mniej lub bardziej wzniosłe motto. Szczególnie jedno celnie oddaje barwną karierę i charakter Rodmana: "Nie idź prostą drogą. Wytyczaj swój własny szlak".

Banalne? Niby tak, ale właśnie takie były lata "Robaka" w NBA. Wybitny obrońca i najlepiej zbierający zawodnik ligi z równą pasją biegał po parkiecie, co szalał poza nim przyjaźniąc się z gwiazdami rocka i romansując z Madonną i Carmen Electrą, z którą nawet się ożenił. Pił do upadłego, spał 2-3 godziny, a potem zawstydzał na boisku przeciwników. Oj tak, nikt tak jak Rodman nie wytyczał własnego szlaku w NBA.

A poza nią? Żal czytać o jego problemach z alkoholem, o rozpadach kolejnych małżeństw i przykrych ekscesach. Dobrze, że ma silny organizm, w przeciwnym razie - jak głosi tytuł książki - dawno byłby martwy.

Autor: Dariusz Jaroń

Zobacz również: Chicago Bulls w sezonie 1995/96

Dowiedz się więcej na temat: Dennis Rodman

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje