Czy Valencia zagrozi monopolowi Barcelony i Realu?
"Ta Valencia nie ma czego zazdrościć Barcelonie i Realowi" - napisał dziennik "Marca" po zwycięstwie nad Valladolid 4:2. Zadłużony na pół miliarda klub nie zazdrości, ale idzie z nimi krok w krok.

A przecież wszystko miało być inaczej: tonący w długach i pogrążony w kryzysie na szczytach władzy klub z Walencji jest przecież kolosem na glinianych nogach. Całe transferowe lato trwała szarpanina o Villę i Silvę. Napastnik reprezentacji Hiszpanii uzgodnił już warunki pracy w Madrycie, gdy Valencia wycofała się z transakcji. Po stumilionowym transferze Cristiano Ronaldo jej prezes Manuel Llorente uznał, że Villa jest wart więcej niż 35 mln.
Potem do gry weszła Barca, cena wzrosła do 50 mln, a napastnik gotów był obniżyć swoje zarobki o dwa miliony rocznie, żeby tylko grać na Camp Nou. Po tym jak upadły negocjacje, a Barca sprowadziła Ibrahimovica zdawało się, że Villa długo będzie odbudowywał zdruzgotaną motywację. Sam przyznawał, że ma za sobą najgorszy okres w sportowym życiu.
Tymczasem dziś "El Guaje" śmiga po boisku jak fryga, choć drużyna wydaje się zależeć od niego w mniej niż dotąd. Silva, Mata i Pablo Hernandez - gole zdobywane przez Valencię rozkładają się równo między ten ofensywny kwartet. A trzeba dodać, że o ile Real i Barca spotykały dotąd rywali przeciętnych, Valencia ma na rozkładzie trzecią siłę ubiegłego sezonu (Sevillę), z którą nigdy spacerkiem się nie wygrywa.
Latem Valencia zmieniła się o tyle, że za oddanego za 15 mln do Realu Raula Albiola można było kupić bramkarza Moyę (5mln), przyszedł jeszcze z Almerii Bruna za 1,5 mln poza tym były same wolne transfery. Klub pozwolił odejść weteranom: Morientesowi, Angulo, Curro Torresowi. Za darmo przyszedł stoper Dealbert z Caslellonu, który razem z Alexisem wywalczył miejsce w podstawowym składzie. Z Atletico wrócił Ever Banega i on też sporo wnosi do gry drugiej linii. Ci ludzie mieli być rozsprzedani, tymczasem wbrew woli akcjonariuszy Llorente postanowił, że nie wyprzedaż, ale sukces, nawet ponad stan, może być lekiem na zło w jego klubie. Trzeba tylko uniknąć kopiowania wyczynu sprzed pięciu lat, gdy drużyna Rafy Beniteza zdobyła mistrzostwo i Puchar UEFA, ale niekontrolowane wydatki zachwiały fundamentami klubu. Valencia może wygrywać z Barceloną i Realem, ale nie ma najmniejszych podstaw, by kopiować ich politykę finansową.
Barca i Real sprowadziły latem piłkarzy za 350 mln euro. Transferowy bilans Valencii jest ujemny (8,5 mln), czyli klub więcej zarobił, niż wydał. Wydawać nie było jednak z czego. Za wcześnie na hymny pochwalne, ale być może właśnie drużyna Emery'ego ucieleśni pragnienia tych, którzy nie chcą, by liga hiszpańska stała się monopolem Madrytu i Barcelony.
Więcej na ten temat
Zobacz także
- Polecane
- Dziś w Interii
- Rekomendacje